niedziela, 19 czerwca 2011

Rozdział 2 -Mroczna Historia:)

2 Mroczna historia
Wiedziałam, że Edward jest rozwścieczony, ale to dla mnie było jak
najpyszniejsza słodycz, Edward był zły, zły na mnie, to cudowne!
Jechaliśmy już do Denali do Parku Narodowego w Denali gdzie
mieszkali Tanya, Kate, Irina, Carmen i Eleazar. Eleazar ma dar wyczuwania
mocy i mówienia co z nimi się dzieje, naprzykład moja moc tarczy nie działa,
nie mogę kurde normalnie myśleć tylko wiem, że Edward siedzi teraz w
mojej głowie, to chore!
-A jak ty siedzisz w mojej, ja się nie wkórzam to normalne, masz taki dar
i nie możesz tego zatrzymać.- powiedział Edward.
-Haha, jak byś chciał to byś mógł. Ja to się martwię czemu ostatio nie
działa mi tarcza.- to było głupie, gadanie z Edwardem o swoich problemach.
-Może dlatego, że ją tak często urzywasz?- uśmiechnął się, nie powinien
tego robić, powinien być zły.
-Czy ty kurde robisz mi na złość?! Wiesz, że lubię kiedy jesteś zły na mnie,
a teraz się uśmiechasz co ci odbiło?!- teraz jak on jest radosny to ja jestem zła.
-Możesz to nazwać robieniem na złość, poprostu mnie rozbawiasz, że tak się
przejmujesz, że jedna moc na tysiąc nie działa.
-Hej! Renata używa tarczy wciąż, wciąż i wciąż, za co jestem jej wdzięczna,
że chroni Aro, i jakoś jej działa do cholery!
-Fajnie, idź już spać, bo mam dosyć twojego trajkotania, a do granicy mamy
jeszcze trochę.- powiedział.
-Dobra, ale jak mnie nie obudzisz przy granicy i strażnik się zapyta czy
mam paszport, a ty powiesz, że pierwszy raz widzisz mnie na oczy to cię
zabije, masz to jak w banku!
-Oh super pomysł, ale wtedy rzuciłabyś się na strażnika
i zastraszyłabyś go Aro.-nienawidzę go.
-No dobrze zamknij już się psycholu.
-Dobranoc.- oh jak ja nienawidziłam jak był dla mnie miły
po to by mnie wkórzyć!
-Spadaj!- nie mogłam się już doczekać kiedy zobaczę się z Iriną,
bo z Eleazarem tylko w sprawie interesów, jak ja to nazywam.
Mnie i Irinę łączą niesamowite więzi, bardzo się kochamy, jest
dla mnie jak siostra, jak narazie nie kocham nikogo bardziej,
prucz Jaspera, od niej, to moja podpora, mogę się jej wypłakać,
a ona może się mnie wyżalić, nawet czasem żali się na mnie, ale mnie
to nie przeszkadza. Z nikim nie jestem tak związana i Iriny, jako jedynej, nie oszukuję.
No może, ale tylko raz i obiecałam to jej matce. To ja stwożyłam Irinę, pierwszą
i ostatnią osobę, którą stworzyłam. Tanye i Kate stworzyła Sasha ich matka, tak jakby.
Sashę poznałam kiedy uciekłam od Carlisle' a wydawała się miła
i była bardzo samotna więc się do niej przyłączyłam, Sasha tak samo
jak Carlisle miała wstręt do zabijania ludzi i dlatego przedstawiłam jej tezę
Carlisle' a, a ona szybko się do niej przystosowała.
Pewnego późnego wieczoru wyszłam razem z Sashą na spacer,
bo miałyśmy po uszy siedzenia w dzień w zamkniętym domu.
Przechodziliśmy właśnie koło zamkniętego sklepu z odzieżą,
gdy nagle nadjechał powóz. Konie biegły jak szlone jak by się czegos
przestraszyły.
Niedaleko przed powozem szły trzy kobiety z bogatego domu,
bo były dobrze odziane.
"Sasha ten powóz zaraz je rozjedzie!"- krzyknęłam do Sashy.
W tym samym momęcie usłyszałyśmy krzyki i warczenie koni.
Sprawca wypadku ze strachu odjechał dalej robiąc jeszcze gorsze zamieszanie.
Podbiegłyśmy do nich.
"Są w strasznym stanie, te dwie żyją, a ta trzecia nie miała szans to
ją najbardziej stratowały konie."- powiedziała Sasha.
"To Kate i Tany, a ta która nie żyje to Irina. Co z nimi zrobimy?"-spytałam.
"Zabierzemy je ze sobą i w domu postanowimy, ja wezmę Tanye i Kate,
a ty weź te nieżywą."
"Dobrze, musimy zatrzeć ślady jak to się wytłumaczy?"
"Jak je zaniesiemy, przyjdziesz tu i zetrzesz krew."
"Nie ma sprawy, to biegnijmy już, Sasho."
W domu:
"Zmienie je, proszę Elenore, są za młode by umrzeć!"- wykrzyczała Sasha.
"Ale to niebespieczne nie mamy doświadczenia z nowonarodzonymi wampirami,
nie chcę interwencji Volturi, jak je zobaczą to je zlikwidują!"- tak naprwdę nie
chciałam by tu przyszli, bo by mnie z tąd zabrali do Carlisle' a,
a ja chciałam wolności.
"Elenore ja tak bardzo chcę już je pokochałam, będę na nie uważać
i wezmę je na swoją odpowiedzialność, przysięgam ci."- jak ona coś powiedziała
to to spełniała, Sasha nigdy nie kłamała, no może raz, ale w tej samej sprawie co
ja, mówiła ,że stwożyła Irinę.
"Dobrze, Sasho, zrób to."- uśmiechnęła się, była dla mnie jak matka, której
nigdy nie miałam.
"Ty w tym czasie, słonko, idź zakopać gdzieś Irinę, tak żeby nie było
jej widać."
"Dobrze."-nie chciałam tego zrobić, tylko dlatego, bo nie chciałam się ubrudzić.
Wyszłam na dwór, na rękach miałam skonaną Irinę.
Kiedy na nią spojżałam, aż serce mi się krajało: młoda, piękna
i pochodziła z dobrego domu.
Mimo, że wiedziałam, że nie było dla niej żadnej szansy postanowiłam
spróbować ją uratować. Nie mogłam tak normalnie jej zakopać i odejść.
Położyłam ją na ziemi i ugryzłam. Irina była tak nieprzytomna, że nic nie
czuła i nie krzyczała, w odróżnieniu do Tanyi i Kate, które wydzierały się
wniebogłosy, było mi to bardzo na rękę, bo byłyśmy na dworzu, a 70 metrów
od naszego domu mieszkali ludzie, i tak nasz domek był położony jak najdalej
od siedzib ludzkich. Trzymałam nieprzytomną Irinę na rękach i wróciłam do Sashy.
Gdy zobaczyła mnie z Iriną na rękach i ranę, którą zrobiłam jej na szyji przez
ugryźnięcie, zrobiła wielkie oczy.
"Coś ty zrobiła jej już się nie da pomóc!"-wykrzyczała Sasha.
Ja tylko poszłam do swojego pokoiku, położyłam Irinę na moim łóżku
i położyłam się obok niej. Wiedziałam, że się uda, bo Irina trochę podrygiwała,
gdy powiedziałam o ty Sashy, ona tylko:
"Kobieta ma szczęście, że się udało, ale nie mów, że to ty ją zmieniłaś,
nie chce by to poróżniło te siostry."
"Oczywiście, Sasho, i tak by to była za duża odpowiedzialność,
a gdyby Aro się o tym dowiedział wziął by ją do siebie,
a tego nie chcemy."- powiedziałam. Aro by ją zabrał, dlatego że osoba
zmieniona przezemnie, przez m ój jad jest bardzo silna, i trochę niebespieczna.
Wtedy o tym nie pomyślałam i teraz próbuję ochronić Irinę. Kiedy dziewczyny
już były po przemianie było trudno, ale po jakimś czasie wszystko
wróciło do pożątku.
Któregoś razu kiedy byłam już pod opieką Jaspera, ale jeszcze nie
mieszkaliśmy u Cullen 'ów i nawet Alice nie znaliśmy, nie prowadzilam się już z Sashą.
Padał właśnie deszcz, a to moja ulubiona pora gdy wychodzę pobyć trochę sama. Sasha mnie znalazła.
"Elenore musisz mi pomóc!"- zaczęła krzyczeć.
"Dobrze, ale w czym?"- spytałam się jej. Rozpięła szeroką kurtkę,
co było było dziwne, bo była bardzo szczupłą osóbką.
Z kórtki wyjęła małe zawiniątko, odkryła je, a tam było dziecko,
ale to nie było zwykłe dziecko, to było "nieśmiertelne dziecko" takie,
które w świecie wampirów było zabronione, ponieważ takigo dzicka
nie można ujażmić, jest takie słodkie i takie śliczne, aż nie można mu się
oprzeć, ale takie malutkie dziecko potrawi wybić całe miastko w godzinę!
"Sasha to ty je stworzyłaś?!"- chłopczyk był taki piękny, że nie mogłam
odwrócić od niego wzroku.
Miał śliczne brązowe loczki, pyzate policzki. Był bardzo malutki, a
w buzi trzymał kciuka, choć wiedziałam, że wolałby coś innego.
"Ja, a niby kto?! Uratowałam je jego matka leżała nieżywa, cała we krwi,
a obok męszczyzna z bronią, strzelił w niego, rozumiesz,
w dziecko!"- tylko debile, albo ćpuny, tak postepują.
"Rozumiem, ale czy to był jedyny powód, dlaczego je uratowałaś?"- wiedziałam
kiedy nie mówiła całej prawdy, bardzo dobrze ją znałam.
"No jest coś jeszcze..."
"Mi możesz powiedziać, nikomu nie powiem, przysięgam na
wszystko."- jeśli chodzi o tajemnice to mi można zaufać.
"Jak jeszcze byłam człowiekiem to urodziałam synka, który wyglądał
tak samo jak ten chłopiec, ale mój malutki zmagał się z ciężką chorobą
i gdy miał dwa latka zmarł, wtedy popadłam w depresję, i to mnie wykończyło,
więc sztrzeliłam sobie w głowę i jakiś wampir mnie znalazł i zmienił, a potem
odszedł i nawet ga na oczy nie widziałam! Tylko błagam cię, Elenore, nie mów
tego nikomu nawet dziewczynką."- nigdy nie wiedziałam, że stało się jej coś tak
okrutnego, a znałam ją od 80 lat, oczywiście z przerwami, przecież musiałam
widywać się z Aro, w końcu to mój brat.
"Przysięgam, Sasho, że nigdy nikomu nie powiem tego."
"Dziękuję ci, Elenore, bardzo cię kocham."- i mnie przytuliła.
Vasilli trochę jęknął.
"Dobrze musimy was gdzieś ukryć."- nie chciałam by Volturi nas znaleźli.
Byliśmy na granicy między Hiszpanią, a Prtugalią. W Portugali mieliśmy
się ukryć w oceanie. Prawie się nam udało, ale złapali nas. Aro spojżał na
mnie z politowaniem, kiwną głową do straży i nas złapali. Zabrali nas do
dziewczyn, Sasha wolałaby, żeby zabili ją w Portugali, a nie na oczach córek.
Na miejscu puścili nas, a pojmali dziewczyny.
"Ale o co tu chodzi?"- powiedziała Tanya.
Sasha zaczęła je bronić.
"Zostawcie je, one nic nie wiedzą!"- krzyczała.
"Ale oczym nie wiemy?"- spytała Irina.
Postanowiłam, że też zacznę je bronić.
"Aro, wiem o tym tylko ja!"- powiedziałam.
"I to mnie właśnie martwi, Elenore, zawsze powtarzałaś, że jak ktoś
łamie prawo to spotyka go kara."- orzekł zmartwoiny Aro.
"Wiem, ale wtedy nie miałam takiej wiedzy, wciąż byłam trzymana
w zamknięciu! Kiedy posmakowałam wolności już wiedziałam jak żyją tacy
jak Sasha lub napszykład Carlisle. Nie możesz mi zabrać jedyną osobę,
która mnie bardzo kocha, która jest dla mnie jak matka, która kocha mnie
bardziej niż mój rodzony brat, którą to ja kocham bardziej od
ciebie!"- trafiłam w samo sedno, nienawidził jak mówiłam, że kocham,
kogoś bardziej od niego. Był jeszcze bardziej zły. Spojżał na mnie.
"Jak możesz tak mówić, Elenore, przecież wiesz, że ja kocham cię najbardziej,
nikt nie kocha cię mocniej."- nie miałam zielonego pojęcia czy mówił wtedy prawdę.
"Mylisz się ta osoba stoi tu, a na rękach ma "nieśmiertelne dziecko"!- dziewczyny
spoglądały ze smutkiem na matkę.
Aro zdenerwował się bardziej.
"Dosyć tego, Elenore, moja droga...- powiedział do Sashy- mogłabyś podać
mi swą dłoń?"- wyciągnął do niej rękę. To nie było pytanie, to był rozkaz.
Sasha wręczyła mi w ramiona
Vasilli 'ego, Volturi syknęli, a ja pokręciłam głową nie dowierzając ich
głupocie.
Kiedy Sasha podała mu swą dłoń, dziewczyny warknęły.
Aro dla lepszej koncentracji zamknął oczy. Bałam się najgorszego jak już
otworzy swe szkarłatne oczy,  zakończy swoje przemówienie i zrobi coś strasznego 
zlikwiduje Sashę
i Vasilli 'ego. Bardzo go pokochałam, w końcu spędziłam z nim dwa mięciące na
ucieczce przed Volturi, Vasilli był superaśnym dzieckiem.
Aro otworzył oczy...
Spojżał na Vasilli' ego i powiedział:
"Takie małe, a takie niebespieczne."- Vasilli syknął, przytuliłam go do
siebie mocniej.
Podeszła do nas Sasha i wzięła ode mnie maleństwo. Aro zaczął mowę końcową.
"Czy wiecie dlaczego się tu zjawiliśmy? Znaleźlismy się tu ponieważ
ta kobieta -wskazał palcem Sashę- postanowiła stworzyś sobie
"nieśmiertelne dziecko", chociaż wiedziała, że to jest bewzględnie zabronione.
Złamanie tego prawa należy srogo ukarać, czyli zlikwidować osobę, która
złamała prawo i "nieśmiertelne dziecko", a tagże wszystkich, którzy mieli z
tym coś wspólnego..."- spojżał na dziewczyny.
"Aro mówiłam ci już, że one o niczym nie wiedziały!" -musiałam je chronić za
wszelką cene dla Sashy. Ale musiałam uważać na to co mówię, Aro był w
dobrym humorze.
"Możliwe, Elenore. Nie lubimy takiej pracy, ale to nasza powinność."- przemówinie
Aro dobiegło końca. Wszyscy o tym wiedzieli, Sasha, Tanya, Irina, Kate,
ja, a co najważniejsze Aro.
 A tak chciałam tego uniknąć.
Zabardzo kochasz Sashę i nie możesz dopuścić
do jej śmierci.- powtarzałam sobie w myślach.
"Aro, proszę, błagam nie rób tego. Wiesz, żę nigdy nie miałam kogoś
takiego jak matka, a Sasha jest dla mnie kimś takim, bardzo ją kocham,
nie zabieraj mi jej, błagam. Wiesz jak będę cierpieć i jak to będzie
boleć Kate, Irinę i Tanye. Pomyśl o tym, Aro,
proszę cię." -wylałam w te wypowiedź całe swoje serce.
"Ta kobieta złamała prawo, naraziła nas na
niebiespieczeństwo."- powiedział.
Dziewczyny patrzyły się na matkę, wiedziały, że już nic nie da się zrobić,
a ja uparcie próbowałam jej pomóc.
"Vasilli, to znaczy te dziecko, wcale nie jest niebespieczne, jest bardzo spokojny i pije tylko
krew zwierząt, jak Sasha, jej córki tak jak Carlisle, bo to ja poddałam
ten pomysł Sashy."
"Ja tak bardzo ich kocham , dajcie im szanse, proszę."- nie miałam już
pomysłów na uratowanie ich. Jak zaatakuje Volturi nie oszczędzą nikogo,
prucz mnie, zabiją dziewczyny, a Sasha by tego nie chciała.
"Volturi nie dają drugiej szansy!"- odezwał się poraz pierwszy Kajusz.
"Felix, Demetri, Santiago i Alec."- powiedział Aro. Chłopaki doskoczyli
do mnie i zablokowali w uścisku. Zaczęłam się wyrywać, podobnie do dziewczyn.
Sasha mocno przytuliła do siebie Vasilli 'ego i skuliła się na ziemi.
Aro podszedł do niej i wyjął zapałki.
"Aro nie wisz co robisz, błagam przestań!!!"- zaczęłam krzyczeć
tak jak dziewczyny.
Aro zapalił zapałkę i żucił nią w Sashę i Vasilli 'ego. Sash wydała z siebie
krzyk jej ostatni krzyk w życiu. Stanęli w płomieniu.
"Nie!!!"- krzyknęłyśmy.
Chłopaki mnie puścili, ale dziewczyny nadal trzymali.
Aro podszedł do Tanyi i wyciągnął w jej kierunku dłoń.
"Tylko nie rób niczego, podaj mu te dłoń, zobaczą, że nie macie z tym nic
wspólnego i odejdą." -przekazałam to Tanjy w myślach.
"Jak mogę dotknąć tego, który zabił mi matkę?!"-Kszyczała w myślach.
"Nie daj mu tej satysfakcji, Tanyo!"- kiwnęła do mnie głową.
Podała mu dłoń, ale wiedziałam, że chętnie by go wtedy zabiła.
Później powtórzył te czynność z Iriną i Kate.
Kate próbowała go torturować prądem, ale był chroniony przez tarczę
utworzoną przez Renatę.
"Miałaś rację, Elenore, nic nie wiedziały o  tym, fascynujące, ale czemu
powiedziała o tym tylko tobie?"- spytał się mnie.
"Bo mi ufała i wiedziała, że mnie nic nie zrobicie, chciała je ochronić
przed wami!"- biedne dziewczyny miały teraz tylko mnie i oczywiście siebie.
"To znaczy, że wiedziała, iż ją złapiemy. A więc czemu sprawiła sobie
tamto dziecko?"-bardzo mnie w tamtej chwili denerwował, chciałam,
żeby dał mi już spokój.
"Tego nie mogę zdradzić. Idźcie już nie jesteście tu mile widziani,
i przez nie i przezemnie!- byłam zła do kości. Nie chciałam go już
widzieć nigdy w życiu.
Puścili dziewczyny i odeszli.
"Czemu nam nic nie powiedziała?"-spytała się Tanya.
Dotknęłam jej ramienia.
"Chciała was uchronić, bo bardzo was kochała."- powiedziałam.
"To niespawiedliwe!"- powiedziała Kate.
"To prawda, moja droga takie jest życie."- schyliłam glowę.
"Zostaniesz z nami?"- spytała Irina.
Chciała bym została, bo teraz potzrebowały dużego wsparcia, ale ja też go
potrzebowałam, a tylko Jasper mógł mnie pocieszyć.
"Przepraszam, ale muszę wracać, do mojego przyjaciela pewnie mnie już szuka."
"Rozumiem"-powiedziała Irina. Pożegnałyśmy się i wyruszyłam w drogę.
Niegdy nie myślałam, iż coś takiego może stać się komuś kogo kocham,
osobie takiej dobrej i takiej niewinnej jak moja matka, Sasha.
Nie ona powinna tam spłonąć tylko ja, to ja jestem zła, ona była usposobieniem dobra
i za wszelką cene chciała mnie zmienić, bo byłam jej córką, którą bardzo kochała.
Najgorsze było to, że ja kochałam ją tak samo mocno jak ona mnie.
Powinnam zostać z siostrami, tego by chciała Sasha, ale muszą sobie
poradzić same, ja nie pasuję do tak dobrych ludzi jakimi są moje siostry.
Bardzo już tęskniłam za Jasperem, a tylko trochę czasu rozłonki z nim to
katurgi dla mnie i dla niego.
Sasha była mi matką, nie ona jest moją matką naprawdę i nikt
jej mi nigdy nie zastąpi, nikt nie jest tak samo dobry jak ona, powinna dostać
puchar za najlepszą kobietę świata, tak bardzo ją kochałam i tak
bardzo będzie mi jej barkować.
Będę tęskniła tagże za siostrami jak diabli, ale napewno wszytsko się ułoży.
Ponieważ kochałam je nad swoje własne, ważne życie musiałam je opuścić.
Nie wiedziałam jak sobie poradzą, ale są silne i mają siebie nawzajem.
Ale jeżeli chdzi o mnie to tylko udaję taką silną tak naprawdę jestem słaba.
Wyjęłam swój telefon ,jako jedyna w rodzinie miałam najlepszy,wyciągnęłam słuchawki, wsadziłam je w uszy, położyłam się, podkręciłam muzę na maksa i w końcu zasnęłęłam...

piątek, 17 czerwca 2011

Piszę książkę na podstawie 1 części Zmierzchu pdt. "Elenore" (Jak narazie udostępniam 1 rozdział:))

1 Nowa
-Elenore wstawaj!- usłyszałam kszyk Jaspera.
-Co pali się?-przewróciłam się na prawy bok i spadłam z łóżka.-Au!
-Nic ci się nie stało?- spytał przerażony Jasper, i pomógł mi wstać.
-Auć...Nie, nic się nie stało, od łóżka do podłogi dzieli mnie, przecież,
10 centymetrów.
-Musimy już jechać do szkoły, mała, no chodź!
-Szkoła?! Jasper nie męcz mnie nią, mam jej dosyć, daj mi spokój idę spać!- spojżał
się na mnie wykrzywiony, wiedziałam, że urzywa na mnie swojego przeklętego daru,
ja go też mam i tak za często go nie używam, może tylko dlatego, bo i tak
wszyscy się mnie słuchają, ale są wyjątki... Nienawidziłam jak tego używał, ale
najbardziej byłam zła jak urzywał tego na mnie, zawsze i tak się mu poddawałam,
bo nie miłam ani motywacji, ani siły by się z nim kłócić.
-Dobra, już schodzę.- uśmiechnął się, tak kochałam jak był zadowolony,
i bardzo lubiłam go uszczęśliwiać.
-Grzeczna dziewczynka -powiedział uszczęśliwiony Jasper i wyszedł z pokoju.
-Masz 15 minut! -powiedział z dołu. Ubierałam się na czarno, czarne spodnie,
czarna koszulka z jedwabiu i tylko bielizna była różowa no i błękitny sweter.
Pobiegłam do mojej wielkiej łazienki, która była dołączona do mojego pokoju,
uczesałam swoje długie, proste jak drut (bo je prostuję) i piękne włosy. Wszyscy
w mojej prawdziwej rodzinie mieli czarne włosy, tylko moje były w kolorze
ciemnego blondu. Po uczesaniu się umyłam moje kły, oczywiście tylko ja jako
wampirzyca mam kły cała moja rodzina, ma zwykłe, ale śnieżnobiałe, zęby, czasem
nawet ich uzębienie odstrasza ludzi, i dlatego ja uśmiecham się całą gębą tylko w domu,
albo wśród swoich.Wzięłam swóją czarną torbę i zbiegłam na dól.
Oczywiście na dole wszyscy, czyli jak zwykle tylko Edward i Emmett patrzyli na
mnie jak by mnie mieli zaraz zabić.
-Może nauczycie się trochę cierpliwości, głąby?
-Elenore wyrażaj się do swoich braci!- uwagę zwróciła mi Esme.
-Dobrze będę grzeczna, ale tylko w domu.- odpowiedziałam jej.
-Dobre chociaż i to.- powiedziała.
-Co tak stoimy, jedziemy już?!- krzyknęłam.
-Dobra jedziemy autem Edwarda.- powiedział Emmett.
-Co znowu Volvo Edwarda? Znowu Edward będzie gościu!
Chłopaki zaczęli się śmiać, nawet Alice, Esme i Rose zaczęły cicho chichotać.
Rosalie moja muza, uwilbiam ją, dlatego że jest piękna, mądra ,chociaż wszyscy
uważają, że jest głupia, a przede wszystkikm traktuje mnie poważnie.
-Co Edward gościu?! Trzeba by mu przerobić twarz w photoshopie.- orzekł
roześmiany od ucha do uch Emmett. Edward zmrurzył oczy i zrobił niewyraźną minę.
-Lepiej się odwróć, Emmett.- powiedziała Alice i przytuliła się do Jaspera.                   
Emmett odwrócił się, Edward szykował się do skoku na niego.
-No dalej Edward, mnie nie pokonasz!- rzucił Emmett
-Hej chłopaki tylko bez bójek!- krzyknął Carlisle.
-Ma tu być spokój, zrozumiane.- uspakajała ich Esme.
Pożegnaliśmy się z Carlisle 'em i Esme, wyszlismy z domu i wpakowaliśmy
się wszyscy do srebrnego Volvo Edwarda. Oh Edward jak ja go nienawidzę,
on jest jakiś dziwny, nie to, że ja nie jestem, ja akurat się z tym nie kryje.
Więc Edward nigdy nie traktuje mnie poważnie w jego oczach jestem zwykłą
dziewczyną nie księżniczką, wogóle! Jestem dla niego nikim, żeby chociaż
byłabym siostrą, choć tego nie chcę, nie dla niego tu jestem tylko dla Jaspera
i dlatego, że Aro wysłał mnie tu by nie dorwali mnie wrogowie czyli
"dzieci księżyca", wilkołaki, które zmieniają się się tylko wtedy gdy na niebie
jest księżyc. To oni polują na takie wampiry jak ja, bo od naszej krwy będą silne
i nie dopokonania i zawładnęłyby naszym światem zabiły by wszytkich wampirów,
albo zostawili jako niewolników. "Dzieci księżyca" najbardziej pragną mnie, bo to ja
jestm najlepsza, zawsze się tym cieszyłam, ale z czasem uważałam to jako przekleństwo.
Są bardzo niebiespieczne i to jedyne stworzenia, których nie potrafię pokonać,
moje moce na nich nie działają i cholernie się ich boję już kilka razy mnie dorwały,
ale mnie odratowano. Ale i tak gdyby nadażyła się okazja to bym z tąd uciekła.
Po części to jest prawda, ale poprostu chciałabym być w swoim pokoju w Volterze
i ten tron w sali tronowej, za Aro, który spełnia wszystkie moje rzyczenia, za jednym
zamachem mojego Felixa poprostu za tym wszystkim tęsknie, prócz nienawidzącej
mnie Jane, napalonym na mnie Demetrim i jeszcze Kajuszem, który tak jak Jane,
gdyby mógł to by się mnie pozbył. Ale nie mogła bym uciec!
Jeden Emmett by mnie dogonił i powstrzymał, nie to że bym go nie pokonała to
oczywiste, że jstem od niego silniejsz i szybsza, ale on też jest niezły.
Dwa zabardzo kocham Jaspera, to on przed wszystkim mnie broni i znam
go najlepiej z całej mojej przybieranej rodziny. On jest najlepszy i nigdy bym
go nie zostawiła, już znam jego numery...
A i zostało trzy, trzy Aro znowu by mnie tu zawrócił!
-Co nasza księżniczka się nie wyspała?- zażartował sobie ze mnie Emmett,
ciekawę jaką miałam minę kedy myślałam.. Emmett, jak ja go niecierpię,
niecierpie jak ze mnie żartuje i się ze mnie śmieje, jak by nie mógł sobie znaleźdź
nikogo innego do wygłupów, ale chociaż on jest lepszy od Edwarda, Emmett
bardzo dobrze zdaje sobie sprawę z tego KIM JA JESTEM,
i dlatego się ze mnie wyśmiewa.
Niecierpię go!
-Oh przymknij się Emm, tak zgadłeś nie wyspałam się.- oparłam się o siedzenie i odwróciłam wzrok.
-I co nie pobijesz mnie, ani nic?- spytał Emmett.
-A co chcesz znowu przegrać z księżniczką?- odpowiedział ironicznie mu Jasper.
Wszyscy się zaczeli śmiać, Emmett odwrócił się i przeklinał pod nosem.
-Bardzo zabawne, tylko ta księżniczka potrafi powalić całą armię wampirów w
minutę, bo jest nienormalna.- nie zamierzałam się z nim bić, miałam go głęboko
w dupie. Resztę drogi przesiedzieliśmy w milczeniu. Kiedy nareszcie dojechaliśmy
na parking szkolny, zebrało mi się na wymioty, dlaczego?
To proste, nienawidzę szkoły!
Wyszliśmy z samochodu, na dworze było zimno i wilgotno, kilka osób się na
nas spojżało, ale szybko odwrócili wzrok, pewnie dlatego, że zobaczyli moją minę.
Uwilbiałam to. Weszliśmy  do szkoły, wszyscy byli jacyś dziwni, zazwyczaj
zachowywali się tak gdy rok szkolny się kończył, ale przecież minęło połowa semestru.
Zaraz, zaraz to chyba dzisiaj, właśnie, miała przyjść ta nowa, zapomniałam
jak jej na imię. Nienawidziłam nowych wciąż się na nas gapią.
Pamiętam jak przyjechaliśmy do Forks z Alaski i przenieśliśmy do tej szkoły,
wszystkie spojżenia kierowały się w naszym kierunku!
Weszliśmy do środka, w wewnątrz było trochę cieplej. Pierwszy był WOS
miałam go z Rose.
Podeszlismy do swoich szafek. Wziełam książki i schowałam je do torby.
Stanęłam koło Jaspera i Alice, oni mieli matematykę razem z Emmettem.
Niegdzie nie było Edwarda.
-Gdzie jest Edward?- spytałam.
-Już poszedł do klasy. -odpowiedziała Alice.
-Jazz wiesz, że niedługo są moje urodziny? -powiedziałam mu,
a on zrobił tylko wielkie oczy.
-To chyba za 2 dni? -spytał.
-Tak to już 1091 urodziny.
-To zorganizuję imprezę!- wykrzyczała Alice i klasnęła w recę.
-Żadnych imprez. -powiedziałam surowo.
-Dobra, dobra, a prezenty?- spytała.
-Są mile widziane.- powiedziałam.
-Eh ty.- Alice kochała organizować przyjęcia, ale ja nielubiłam imprez.
Za minutę miał zadzwonić dzwonek.
-Powinniśmy iść już do klas, zaraz będzie dzwonek. -orzekłam
-Dobra do zobaczenia, mała.- powiedział Jasper i pocałował w policzek.
-Pa Alice.- porzegnałam się.
-Cześć Elenore.- odeszli. Podeszłam do Rosalie, żegnała się jeszcze z Emmettem.
Kiedy odszedł złapałam ją pod ramię i zaczęłyśmy podążać do klasy.
-Nareszcie, Rose, myślałam, że nigdy go nie puścisz.- powiedziałam ironicznie.
-A jak ty się żegnasz z Jasprem? - uśmiechneł się.
-No dobra, wiesz, że pojutrze kończę 1091 lat?
- Jaka ty jesteś stara!- zaczeła się śmiać.
-Tak wiem, dobrze, że na tyle nie wyglądam.
-Tak, ty zawsze będziesz śliczna.
-Chcę pojechać do Denali.- zrobiłam nietęgą minę.
-Czemu?- spytała.
-Bo dawno się z nimi nie widziałam i muszę się zobaczyć z Eleazarem,
narazie nie mów tego nikomu, dobrze?
-Pewnie, na mnie możesz liczyć.
-Oczywiście, że tak, Rose, zawsze o tym wiedziałam.
Weszłyśmy do klasy i usiadłyśmy w ławcę. Zadzonił dzwonek,
nauczyciel przyszedł do klasy i odrazu zaczął lekcję. Lekcja była tak nudna,
że postanowiłam nie słuchać. Zajęłam się natomiast malowaniem swojej
wymażonej kreacji  na urodziny, mam tyle kasy, że nawet gdyby suknia
kosztowała miliony stać by mnie na nią było. Uśmiechnęłam się i
przypatkiem odsłoniłam  swoje kły, zazwyczaj nieczesto to robię.
Ale zawsze mi się upiecze i nikt tego nie zobaczy,
niestety w tym momęcie spojżał się na mnie nauczyciel, zaczął się na mnie
dziwnie gapić, a ja udawałam ,że nie wiem o co chodzi. W końcu odwrócił się
i zabrał się do przerwanej lekcji, a ja do rysownia. To było niebespieczne,
ale zawsze nauczyciel mógłby przypatkiem zaginąć, nie pojawić się następnego
dnia w szkole, rodzina zacznie rozwieszać ulotki....
Dobra pora przestać tak marzyć. Lekcja trwała długo, po niej poszliśmy
z Rose do innych.
Koło szafek, gdzie zazwyczaj się spotykaliśmy po lekcjach, stali już wszyscy.
Rosalie podeszła do Emmetta i go poacłowala, a ja podeszłam do Jaspera
i go utuliłam.
-I jak tam było na WOS- sie?- spytał Jazz
-Nie za dobrze.- odpowiedziałam.
-A co się stało, nauczyciel kazał ci odpowiedzieć na pytanie,
a ty nie wiedziałaś jak i rzuciłaś się na niego?-spytał rozbawiony Emmett.
-Nieee...-spojżałam znacząco na Emmetta- uśmiechnęłam się i było mi
widać kły.
-I co nauczyciel zszedł ze strachu?- Emmett jest taki głupi.
-Nieee...Upiekło mi się jak zwykle.
Przez całą przerwę staliśmy przy szawkach. Gdy zadzwonił dzswonek,
poszłam z Emmett 'em do klasy, mieliśmy angielski. Nienawidziłam tej lekcji
chyba tylko dlatego, bo miałam ją z Emmett 'em. Lekcja dłużyła się w nieskończoność,
jeszcze calutką lekcje Emmett trącał mnie ołówkiem w łokieć. Kiedy lekcja się
skończyła poszlimy z Emmett 'em do pozostałych.
Miałam teraz plastykę z Jasperem, Alice, Rose i Emmett 'em. To moja ulubiona
lekcja, nie tylko dlatego, bo mam ja z Jasperem, ale też, bo nauczyciel ma nas gdzieś,
robimy co chcemy, a i tak wpisuje nam dobre oceny. Usiadliśmy na swoich miejscach.
Po plastyce, miałam biologię z Jasperem, a po niej matematykę,
nicierpię matematyki, jeszcze na moje nieszczęście byłam tam z Edwardem
i lekcja długo trwała, teraz była najlepsza chwila w szkole - długa przerwa.
Weszliśmy do stołówki. Usiadliśmy na swoich miejscach, jak zawsze ja
przy Jasperze.
-(...)Alice, Rosalie, Emmett, Edward i Jasper.- usłyszeliśmy nasze imiona.
Zostaliśmy niewzrószeni, taki nasz kamuflasz, ale w myślach:
"Jak  Isabella Swan pachnie zaraz nie wytrzymam, skup się na czymś innym,
a właśnie czemu Elenore się tak na mnie gapi?"- spytał siebie Jasper w myslach.
No tak jak się skupiam na czyiś myślach to robię taką głupią minę.
"Jazz' y uspokój się! Nie myśl o jej zapachu, i jak ja się na ciebie
 gapiłam?!" - kszyknęłam w myślach.
"Dobra mała, spróbuję"- odpowiedział mi.
"Okej Jazz kocham cię"
"Ja ciebie też, mała"
Ciekawę co pomyślała Rosalie:
"Nowa, i teraz w kółko będzie się na nas gapić i jakaś dziwna jest
i brzydka"- to akurat była prawda ta Isabella była paskudna.
"Masz rację Rose, paskudna, dobrze, że ty jesteś chociaż śliczna, bo było
by tu ochydnie."- Rosalie jest najpiękniejsza na świecie, jeżeli ktoś zaprzeczy
dowale mu!
"Dzięki, śliczna"-powiedziała
"Nie ma za co zawsze mówię prawdę" -uśmechnęłam się. Rose ironicznie się na
mnie spojżała.
"Zawsze prawdę?"- spytała.
"No dobra czasem"- odwróciła wzrok.
No dobra czas na Emmetta:
"Te żarcie  wygląda ochydnie"- debil.
"Jaki ty jesteś głupi, Emmett!"- powiedziałam. Nie odpowiedział, nagle
poczułam wielki ból w lewej nodze.
-Emmett!!!- krzyknęłam na cały głos, dobrze, że w stołówce jest tak głośno,
że nikt mnie nie usłyszał.
-Słucham, dziewczyno?- niecierpiłam jak tak do mnie mówił. Powiedział to
jak by nie wiedział o co chodzi. Tak bolało, że nie mogłam
wyksztusić z siebie słowa.
-Co się stało? Nell?!- Jasper zaczął krzyczeć.
Kiedy się już uspokoiłam.
-Emmett kopnął mnie z całej siły w nogę, w lewą nogę!- powiedziałam.
Jasper zrobił nieprzyjemną minę.
-Ona powiedziała, że jestem głupi!- tłumaczył się jak małe dziecko.
-Ale w te nogę nie wolno ci ją bić!- krzyczał Jasper.
Tak lewa noga, nienawidzę  jej. To noga, której tak jakby "nie zauważył jad".
 I dlatego mówią, że jestem nienormalna. No jeszcze dlatego, bo jestem nienormalna
czyli w środku jestem człowiekiem, a nazewnątrz wampirem, jeszcze jak już
wiadomo mam kły, a to nienormalne i mam dary wszystkich wampirów na całym
świecie, i tych, którzy wiedzą, że maja te dary i tych, którzy nawet jeszcze powstały.
Wyszliśmy ze stołóki. Miałam teraz WF z Alice, a Jazz, Emmett
i Rose mieli matematykę,  Edward miał teraz biologię i był sam jakie to fajne.
Po Wf- ie Alice szybko wybiegła z sali gimnastycznej, oczywiście ja za nią.
Jak zawsze ja szłam z podniesioną głową dumnie jak na księżniczkę przystało.
Edward był już przy szafce, minę miał jak by wyszedł z kina po obejżeniu jakiegoś
trasznego horroru.
-Co Edward masz taką minę?- spytałam.
-Elenore bez żartów, to było niebespieczne doświatczenie z nową.- miałam to gdzieś.
Poszłam do klasy od hiszpańskiego, z Edwardem i Emmettem.
Siedziałam jak najdalej, w pewnej chwili coś się stało z Edwardem,
aż nauczycielka zainterweniowała, Edward wyszedł z klasy.
W samochodzie wszyscy byli niespokojni, dlatego bo na biologii okazało się,
że z Edwardem chodzi ta nowa Isabella, ta która tak "pachnie".
Tak intensywnie jej krew pachniała, że Edward prawie się nie powstrzymał
i musielibyśmy się przeprowadzać. Znowu.
-Dlaczego chcesz wyjechać, Edward, nie możesz tego zrobić pomyśl
o Esme o Carlisle' u!!!- krzyczała Alice tylko po to by powstrzymać
Edwarda od wyjazdu.
-Pojadę do Denali do Tanyi tam będę miał spokój, muszę wyjechać w
inny sposób mógłbym ją zabić!- powiedział, a raczej wykszyczał Edward.
-Do Tanyi...- powiedział Emmett.
-Przymknij się!- krzyknął Edward.
-W takim razie jadę z tobą.- powiedziałam, nawet nie zwróciłam uwagi na to
jak wszyscy się na mnie spojżeli, bardzo chciałam zobaczeć się z Eleazarem
coś mi moce szwankują, a pozatym lubię wkórzać Edwarda
i to bardzo.- uśmiechnęłam się i zamknęłam oczy...