4 Dziwny Sen
Byłam tam ja i jeszcze dwie inne postacie, jedna postać,
to był chyba męszczyzna był bardzo wysoki i potęrzny ,
dominował nad drógą, kobietą, która leżała na ziemi cała we krwi,
bardzo apetycznie pachniała. Kobieta, leżąca na podłodze coś
powiedziała do mnie, a ja jej odpowiedziałam, nagle pojawiła się postać
trzecia, jakiś męszczyzna nieco niższy od tamtego, żucił się na wysokiego
męszczyznę, ale on go szybko od siebie odepchnął.
Wysoki męszczyzna krzyknął coś do mnie, a ja pobiegłam na niższego męszczyznę.
Ten odrzucił mnie, gdzieś odleciałam i o coś udężyłam.
Zaczęła boleć mnie noga.
Zaczęłam się czągać, w stronę męszczyzn, kobieta nagle mocno krzyknęła.
Pojawiło się więcej postaci.
Ktoś, znowu jakiś męszczyzna, do mnie podszedł i zrobił coś mi w nogę.
Mówił do mnie, a ja do niego.
Ale odbiegłam do wysokiego męszczyzny, stało koło niego dwóch innych.
Odepchnęłam ich, zasłoniłam ciałem wysokiego męszczyznę, i zaczęliśmy rozmawiać.
Jeden z męszczyzn stojących przed nami podbiegł do mnie
i nagle zaczęła mnie boleć noga, upadłam.
Ktoś krzyknął, pojawiła się następna osoba, niziutka o drobnej postawie,
zrobiła coś, dlaczego zaczęłam płakać, a póżniej była już tylko ciemność...
Otworzyłam oczy, to tylko sen, ale był niepokojąco dziwny jak bym tam była,
ale nic niewidziała. Myślałam, że to może wizja mnie nawiedziła,
ale moje wizje zawsze były bardzo wyraźne, więc to na bank był sen.
Było tam tak niewyrażnie, tak że nic z tego nie zrozumiałam.
Przewróciłam się na prwy bok.
Na krześle przy moim biurku siedziała Irina.
-Miałaś zły sen?- spytała. Usiadłam szybko.
-Skąd wiesz?-albo siedziała tu połowę nocy, albo...
albo nie wiem te pierwsze jest bardzo prawdopodobne.
-Chciałam zobaczyć czy dobrze ci si ę śpi, ale jak weszłam strasznie się rzucałaś,
nie chciałam cię budzić, więc usiadłam i czekałam aż sama wstaniesz.- powiedziała.
-Tak miałam zły sen, ale nie wiem co oznaczał, mogłaby być to też wizja,
ale było to tak niewyraźne, że to może być tylko sen.
-A co w nim było?-opowiedziałam jej co sobie wyśniłam, a ona słuchała
uważnie i tylko kilka razy coś powiedziała.
-I to wszystko.- powiedziałam gdy skończyłam.
-To był barzdo dziwny sen, Elenore.- miała racje, nigdy nie śniłam o czymś takim.
-Tak wiem, ale teraz nie chce mi się o tym myśleć, jestem potwornie głodna.
-A kiedy ty nie jesteś głodna?- zaśmiała się.- Pogodziłaś się z faktem,
że nie masz już tarczy?- a już było tak dobrze, musiała o tym wspomnieć.
-Niestety nie. Teraz codziennie ktoś będzie mnie pilnować,
nienawidzę tego!- krzyknęłam.
-Rozumiem. Jasper dzwonił, odebrałam.
Pytał kiedy przyjedziesz.- Jasper zawsze był nadopiekuńczy wobec mnie
i Alice, ale zwłaszcza mnie.
-A która jest godzina?- spytałam.
-Dochodzi dwunasta.- odpowiedziała.
-O cholera, tak późno?!- zeskoczyłam z łóżka, pobiegłam do
łazienki, wzięłam szybki prysznic,
ubrałam się i zbiegłam na dół. Podbiegłam do lodówki, wyjęłam z niej jajka,
miałam straszną ochotęę na omleta.
Kiedy się obróciłam coś mi nie pasowało.
Dom był pusty, byłam w nim tylko ja i Irina.
-Są na polowaniu, wyszli dwie godziny temu więc
zaraz przyjdą.-powiedziała Irina, pewnie wyczytała z mojej twarzy co mi nie pasuje.
-Aha, to dobrze.- odpowiedziałam.
-Chcesz cappuccino?- spytała.
-Tak, proszę.- wiedziała czego chcę, uwielbiam cappuccino,
najbardziej te piankę na wierzchu.
Poprostu pychota.
-Jak myślisz co to było?- powiedziała cicho.
-Ale co?- czy coś mnie ominęło?!
-Ten twój sen.- więc o to jej chodziło.
-Naprawdę nie wiem, to było dziwne, głucha cisza,
wszystko takie niewyraźne, no nie wiem, naprawdę...- nigdy nic takiego mi się nie śniło,
a miewałam dużo dziwnych snów.
Mogła być to jeszcze wizja, ale odrużniłabym wizję od snu,
to było naprawdę dziwne.
-Rozumiem, proszę.- podała mi cappuccino.
Podbiegłam do stołu, postawiłam filiżankę i zdjęłam z patelni omleta.
Usiadłyśmy na kanapie obitą czarną skurą.
Pochłonęłam omleta w minutę i zajęłam się cappuccino.
Popatrzyłam na Irinę, była piękna, kródkie, jasne włosy opadały jej na twarz,
buzię miała małą i zgrabną, nos lekko odstający, a oczy... czarne, była głodna.
-A ty czemu nie jesteś na polowaniu?- spojżała na mnie.
Dokładnie wiedziałam dlaczego, przezemnie nie mogła dołączyć do rodziny,
bo musiała mnie pilnować.
-Nie mam takiej potrzeby.- kłamała.
Odwróciła wzrok, patrzyła teraz na wyłączony telewizor.
-Ty kłamiesz i to okłamujesz mnie.
Doskonale wiem, że jesteś głodna, ale nie możesz iść,
bo musisz być ze mną, prawda?!- nie wiem dlaczego,
ale zaczęłam na nią krzyczeć.
Nienawidziłam, jak ktoś mnie okłamywał, nawet jak znałam prawdę.
-Dobrze, jestem głodna, ale nie poszłam, bo chciałam z tobą zostać,
a nie bo musiałam, Edward miał z tobą zostać.- zrobiło mi się głupio,
że tak na nią naskoczyłam.
-Biegnij.- powiedziałam do niej.
-Słucham?- odpowiedziała.
-Zapoluj. Ja tu zostanę nic mi się nie stanie, jak bym wyszła
to mogło by być groźnie.- nienawidzę siedzieć sama w domu,
ale jak ma potrzebę by zapolować to te kilka godzin nic mi nie zrobią.
-Nie zostawię cię tu samej, jak coś ci się stanie, to będzie moja wina
i sobie tego nigdy niewybaczę!- była już zdenerwowana.
Naprawde nie chciała wyjść nawet gdybym ją wyżuciłam za drzwi
to by pod nimi stała, albo gorzej, wyważyłaby je.
Nie chciałam żeby przezemnie cierpiała, a jeszcze gdy wampir jest głodny
to krew wyczuje wszędzie, nawet pod bardzo grubym kamieniem,
a w tym wypadku moją skurą. Moja krew pachnie o wiele mocniej od
krwi człowieka i jest o wiele lepsza...
Jaka ja jestem głupia!
Przecież mogę nakarmić Irinę i wtedy nie będzie musiała wychodzić z domu!
Nigdy tego nie próbowałam, więc może się się coś nie udać, ale co mi tam.
Irina wtedy będzie silniejsza to są zalety mojej krwi to dzięki niej mam taką moc...
-Napij się.- powiedziałam jak by chodziło o zwykły napój.
-Nie wyjdę z domu, rozumiesz?- powiedziała.
-To nie musisz.- odrzuciłam włosy i nachyliłam znacząco głowę
by miała dostęp do mojej szyji.
-Czyś ty oszalałaś?!- krzyknęła.
-Nie. Dobrze to przemyślałam. Nic mi nie będzie, naprawdę.
Od mojej krwi będziesz silna, silniejsza niż inne wampiry,
oczywiście tylko przez jakiś czas, ale nie silniejsza
ode mnie.- brzmiało to jak bym chciała jej coś sprzedać.
-Nie mogę tego zrobić, to cię będzie bolało.
Aż tak głodna nie jestem, naprawdę. - była strasznie głodna,
ale postępowała tak jak by moja krew była zatruta.
-Zaufaj mi. Sama wież, że nic mi nie zrobisz,
a gdyby nawet to bym to widziała.
-Ale...-coraz bardziej odpowiedała jej ta propozycja.
-Żadnego "ale". Poprostu zaufaj mi i wszystko będzie dobrze.- powiedziałam
to jak mój brat Aro kiedy kazał mi się przeprowadzić do
Carlisle' a dla mojego bezpieczeństwa, tylko on na koniec zawsze dodaje Nelly.
Irina kiwnęła głową co oznaczało, że się zgodziła.
Uśmiechnęłam się.
-Napewno nic ci nie będzie?- spytała lekko zdenerwowana.
-Napewno. A teraz się odpręż i nie wypij za dużo.- kiwnęła głową.
Uchyliłam jej szyję.
Nachyliła się nad nią, dotknęła ją lekko zębami, a potem je wbiła w moją szyję.
Wydałam z siebie lekki krzyk.
Ból trwał kródko, a po bólu zrobiło mi się błogo jak po narkotyku.
Nie myślałam wtedy o niczym, nawet o tym, że Irina mogłaby wypić ze mnie całą krew, myślałam tylko o tym, że jest mi tak przyjemnie, jak w czasie uprawiania seksu.
Ale seks jest o wiele lepszy.
Po wszystkim Irina oderwała się ode mnie, było jej dobrze podobnie do mnie.
Miała szczęśliwy wyraz twarzy, ale szybko się ocknęła
i spojżała z niepokojem na mnie.
-Wszystko w pożątku, najlepsza?- lubiłam jak tak do mnie mówiła,
byłam najlepsza, a jak ktoś to potwierdzał to bardzo mi się to podobało.
Musiała jej odpowiedzieć.
-Tak wszystko jest dobrze.- powidziałam.
Wstałam i prawie bym się przewróciła gdyby Irina mnie nie złapała.
-Napewno wszystko dobrze?- znowu spytała.
-Tak, to normalne.- głowa mnie strasznie bolała, było mi nie dobrze,
kręciło mi się w głowie i strasznie chciało mi się pić.
-Mam nadzieję, bo jeżeli ci coś zrobiłam to...- powtarzała się.
-Wszystko jest w jak najlepszym pożądku. -usidłam na kanapę i wzięłam filiżankę,
zimnego już, cappuccino. Kiedy chciałam upić łyk cała się oblałam.
-Cholera moje nowe ciuchy!- zdenerwowałam się.
-Widzę jednak, że nie wszystko jest w pożądku.- powiedziała.
-Chyba. O Jezu jak ja będę prowadzić?!- krzyknęłam.
-Ja cię zawiozę.- orzekła Irina.
-Wiesz Irina, nie obraź się, ale wolałabym pojechać z Eleazarem.- wolałam,
bo Irina by tylko się o mnie denerwowała i wciąż pytała czy wszystko jest w pożądku,
czy czegoś nie potrzebuję, ale jeszcze inne, a Eleazar mało mówi
i wogóle, a to bardzo mi odpowiada.
-Oczywiście jak wróci to mu powiem, a ty idź się przebież, bo się zdziwią jak
przyjdą, że jesteś cała w kawie.- miała rację.
Wstałam podpierając się Iriny. Poszłam powoli do pokoju lekko się chwiejąć,
ale było dużo lepiej niż kiedy wstałam po raz pierwszy.
Ubrałam czerwoną sukienkę na ramionczka, Aro zawsze mówił, że w czerwonym mi jest przecudownie, a na nią dżinsową kurteczkę.
Czułam się już dobrze, pozostali już wrócili z polowań, czyli mogłam już wracać
do Jaspera, bo nie mogłam powiedzieć, że do domu,
bo mój dom znajduje się w Volterze i bardzo za nim tęskniłam.
Zeszłam na dół. Irina przeszywała mnie wzrokiem na wskroś,
aż się jej bałam, ale wiedziałam, że to ona boi się o mnie.
-Słyszałem, że mam cię zawieść do domu, przyda się
odpoczynek naszemu hammer 'owi.- Tanya, Kate, Carmen i Eleazar
nazywali mnie hammerem ze względu na to, że jestem taka popudzona
i z jeszcze innego względu, ale nie wiem jakiego i nie zamieżam wiedzieć.
-Właśnie, że nie, bo zawieziesz mnie do Jaspera jadę do jego domu,
mój dom jest w Volterze. -wiedział jak bardzo tęskniłam za domem,
sam tam keidyś mieszkał, ale nienawidził zabijać ludzi.
-To idziesz już?- sptał.
-Oczywiście.- powiedziałam.
Pożegnałam się ze wszystkimi. Irina powtarzała mi wciąż bym na
siebie uważała, a ja jej przytakiwałam. Edward nic sobie nie robił z tego,
że wyjeżdżam poszedł do swojego pokoju i włączył telewizję.
Poszliśmy do garażu.
Weszliśmy do mojego Lamborgini i zaczeliśmy jechać.
-Cieszysz się, że wracasz?- spytał się mnie Eleazar.
-Trochę, tęsknie za Jasperem i wogólę, ale u was mam ciszę
i spokój no i nikt się ze mną nie drażni.
-Bardzo byś chciała wrócić do Volterry.- to nie było pytanie
tylko stwierdzenie.
-Nawet nie wiesz jak o tym marzę, gdy tylko Aro zabije wszystkie
"dzieci księżca" to mogłabym tam wrócić.- "Dzieci księżca" to wilkołaki,
które zamieniają się tylko kiedy księżyc wejdzie w zenit.
Polują na takich jak ja by dostać moją krew, będą silniejści i pokonają wampiry
i będą żądziły naszym światem, którym tak naprawdę żądzi Aro, Marek i Kajusz,
i oczywiście ja.
-Wiesz kiedyś bardzo chciałem się z tamtąd wyrwać, ale już dużo czasu minęło
i trochę tęsknie za tym co tam się działo.- czy on próbował powiedzieć mi,
że chce wrócić do Volterry, do mojego brata i znowu być strażnikiem?
-Nie powinieneś tak mówić. Tak naprawdę chesz zostać,
Carmen by z tobą nie poszła,
więc myśl też o niej przecież byś jej nie zostawił.- ziewnęłam,
byłam zmęczona.
-No właśnie, raczej nie powinienem rozważać tego.
Volturi to już skończona sprawa.- powiedział.
-To dobrze.- położyłam się i zasnęłam...
-Elenore, jesteśmy na miejscu.- usłyszałam głos Eleazara.
Wstałam i się rozejżałam.
Byliśmy na miejscu tak jak mówił Eleazar.
Było jasno, czyli był dzień.
Chciałam zobaczeć się już z Jasperem.
Wyszedł i otworzył przede mną drzwi.
Wyszłam z samochodu. Drzwi od domu się otwarły.
Pierwszy wyszedł Carlisle.
-Witaj Elenore i Eleazarze.- powiedział Carlisle. Dopiero teraz zobaczyłam,
że ja i Eleazar mamy bardzo do siebie podobne imiona.
-Cześć Carlisle.- przywitałam się noramlnie, bez żadnych ceregieli.
-Witaj Carlisle' u, miło cię widzieć.- powiedział Eleazar
i uścisnął dłoń Carlisle' a.
Z wnętrza domu wyłonił się Jasper.
-Jazz!!!- krzyknęłam i rzuciłam mu się w ramiona.- Tak tęskniłam
za tobą choć nie widziałam cię przez dwa dni.
-Wiem mała, ja też tęskniłem za tobą.- przytulił mnie, ale szybko
odszedł, bo jego wzrok przykuło moje auto.
-Oczywiście, faceci i ich zabawki.- powiedziałam.
-To normalne.-orzekła Esme.
-Witaj Esme.- z Esme nigdy nie byłam zabardzo zrzyta, ale ją lubiłam,
za to ona mnie bardzo kochała jak własną córkę.
-Witaj najdroższa, jak spędziłaś czas wolny?- spytała.
-Nie było tak źle.- nie umiałam z nią rozmawiać.
-Cieszę się.- i podeszła do Carlisle 'a. Weszliśmy do domu tylko
Emmett i Jasper stali przy moim samochodzie.
-Elenore choć!- krzyknęła Alice.
-O cześć Alice.- nie chciałam teraz z nią gadać, chciałam iść do Carlisle 'a
i opowiedzieć mu o moim śnie. Alice wzięła mnie za rękę
i zaciągnęła do swojego pokoju.
-Mam coś dla ciebie, niedawno były twoje urodziny i dlatego kupiłam
ci to razem z Jasperem.- gdy skończyła mówić pokazała mi pudełeczko.
Gdy je otworzyłam okazało się, że to kolczyki w zestawie z pięknym naszyjnikiem.
-O Alice to jest cudowne, dzięki.- przytuliła mnie.
Nie lubiłam jej zabardzo i wiedziałam, że ona czuje do mnie to samo,
ale gest miała, bo pewnie ona go wybierała Jasper nie lubi zakupów.
-Nie ma sprawy, w twoim pokoju jest więcej prezentów.- od razu tam pobiegłam.
Gdy otworzyłam drzwi, na moim pięknym łożu z baldachimem,
leżały pudełka i pudełeczka, najbardziej zaciekawił mnie ten najwiękrzy,
opakowany w bardzo drogi materiał.
Otworzyłam go delikatnie, omal się nie popłakałam gdy zobaczyłam co to jest.
Aro przysłał miobraz z czasów kiedy miałam czternaście lat,
a Aro dwadzieściacztery. Nasz ojciec miał wtedy urodziny, ostatnie w swoim życiu, kilka mieięcy później został zamordowany, i namalowali mnie, Aro i ojca.
Matki nie było, bo umarła w dniu, w którym mnie urodziła.
Pamiętam to jak by to było wczoraj i miałam wtedy kręcone włosy jak u barana.
Powiesiłam obraz na ścianie i zabrałam się
do otwierania innych pudełek.
Od Emmetta i Rose dostałam iPada w kolorze zielonym,
którego zawsze chciałam posiadać. Ostatnie pudełko było
od Carlisle 'a i Esme. Otwarłam je i ujżałam piękny naszyjnik z cherbem
rodziny Cullenów, lew symbolizuje odwagę, otwrta dłoń - zaufanie
i sprawiedliwość, a listek koniczyny - wieczność.
-Nie mogę go przyjąć.- powiedziałam do Alice, która właśnie
weszła do mojego pokoju.
-Ależ możesz Carlisle myślał, by go dać tobie, już od dawna.
Jesteś członkem naszej rodziny, może nie wszyscy cię tu chcą, -miała
na mysli Edwarda i Emmett' a, zapewne tagże siebie- ale...
-Nie. Nie mogę naprawdę, nie zasługuję na niego.- zaczęłam się
z nią zprzeczać.
-Daj spokój.- wzięła go ode mnie i zapięła mi go na szyji.- gdy się
odwróciła schowałam go za sukienkę.
-Dziękuję, Alice.- powiedziałam.
-Nie mnie dziękuj, tylko Carlisle 'owi i choć, bo czekają już na nas.
-Ale gdzie czekają?- spytałam zdziwiona.
-Zobaczysz.- powiedziała i zaczęła kierować się ku wyjściu.
-Czyli gdzie, zobaczysz to nie jest odpowiedź.- zaczęłam się mądrzyć.
-Nie marudź, tylko chodź! - i wyszłysmy.
wtorek, 26 lipca 2011
sobota, 2 lipca 2011
Rozdział 3 - Tarcza:)
3 Tarcza
-Ej ty, obudź się!- krzyknął Edward.
Otworzyłam oczy nawet nie wiem ile spałam.
Słuchawki nadal miałam w uszach, ale muzyka nie leciała, bo
wyładowała mi się bateria w komórce.
-Co się stało?- spytałam.
-Wyjmij paszport, idzie straż graniczna.- powiedział.
-Jest noc?- przez mocno przyciemniane szyby nie mogłam rozróżnic
czy jest no, czy dzień.
-Tak, Elenore, słońce nie świeci, a i przykro mi z powodu Sashy.- orzekł
przygaszonym głosem. Otworzyłam szeroko oczy. Myślałam, że mnie nie słysz,
a jednak prędko muszę się spodkać z Eleazarem.
-Ty to wszystko słyszałeś?
-Za głośno myślisz, ale nie bój się nikomu nie powiem.- nie wieżyłam mu.
-Serio? Kłamiesz!- nigdy nie był dla mnie miły, no tylko kiedy chaciał
mnie zdenerwować!
-Chcę być lojalny wobec Tanyi i jej sióstr.- oczywiście,
dla mnie by tego nie zrobił.
Nie interesuje go fakt, że jesteśmy przybieranym rodzeństwem,
oh nienawidzę go.
-Strażnik zapukał w szybę, kiedy Edward ją uchylił, strażnik zajżał do środka.
Wyglądał miło, miał jakieś 40 lat i nie był dość wysoki, można by
powiedzieć, że Bóg pokarał go też nadwagą. Nie powinien zostać
strażnikiem, pewnie ma znajomości. Uśmiechał się zamiast wyglądać hardo!
-Państwa paszporty, proszę.- poweidział nie przestając się uśmiechać. Dałam Edwardowi swój, a on podał je strażnikowi. Trochę to trwało, ale doczekanie przyszedł strażnik, z naszymi paszportami.
-A gdzie piękna para wyjeżdża?- spytał się nas strażnik.
-Para?!- krzyknęliśmy razem i się skrzywiliśmy.
-Jedziemy zwiedzić Park Narodowy w Denali i nie jesteśmy parą,
Edward to mój brat!- powiedziałam- Zakała rodziny.- szepnęłam tak
by strażnik mnie nie uślyszał, ale Edward owszem.
Przewrócił oczami.
-Oj przepraszam, ale wpadka, miłego zwiedzania.- powiedział zaczerwieniony
strażnik i machając, że możemy jechać, odszedł.
Pojechaliśmy dalej. Po paru minutach.
-Jak mógł pomyśleć, że jesteśmy parą?! Przecież ja czuję do
ciebie tylko obrzydzenie!- krzyczałam z niedowierzenia.
-I nawzajem, Elenore.- odpowiedział mi pięknym za nadobne.
Przez parę minuta się do siebie nieodzywaliśmy, ale oczywiście
ja bez mówienia długo nie wytszymam. Zaczęłam gadać o szkole.
-W szkole uważają nas za starożytnych ludzi z XXI wieku.- czasem na
przerwach lubię podsłuchiwać myśli niektórych ludzi ze szkoły.
-Plecą paradoksy.- on chyba mnie nie zrozumiał, serio jest tępy.
-I właśnie o tym właśnie mówię! Każy powiedziałby "plecą bzdury",
a my, że plecą paradoksy, o matko!- zaśmiał się.
-Czyli mam mówić tak? Okej lala teraz będę cię słuchał,
mowa...- wkórzał mnie.
-To nie jest śmieszne.-ale on się śmiał.
-Ale mnie bawi. Jesteś z nas najstarsza i zachowujesz się jak dziecko
i jakbyś dorastała w tym właśnie wieku.
-Bardzo dobrze wtapiam się w tłum!- to prawda zawsze potrafiłam
nieżle się maskować.
-Zachowujesz się jak jakaś księżniczka!- chyba nie przemyślał tego
co powiedział, ale tego było już za wiele!
-Staaaań!!!-samochód staną.- Pobiegnę!-otworzyłam drzwi, wyskoczyłam
i zamknęłam je z ogromnym hukiem. Nachyliłam się nad otwartą szybę ze
strony Edwarda i powiedziałam.
-Dla twojej wiadomości, Edward, od roku 1011 przed naszą erą.
jestem księżniczka!- powiedziałam. Odwróciła, się, rozejżałam się czy
nikogo nie ma i zaczęłam biec.
Nikogo, z ludzi, nie napotkałam na drodzę.
Według mojej ostatniej wizji, dziewczyny, Carmen i Eleazar
kupili mi przezen tylko jeszcze nie wiem jaki. Oh już dzisiaj kończę 1091 lat.
Biegnąc tak sama czułam się swobodnie, nikt mi nie przeszkadzał,
nikt mi nie grzebał w głowie, no poprostu roskosz.
Będę szybsza od Edwarda, bo tak wogóle jestem szybsza od wszystkich
i wszystkiego na całym świecie.
Dobiegłam już do lasu, czyli do Prku Narodowego w Denali.
Przebiegłam jeszcze parę kilometrów i przed sobą ujżałam dom,
duży dom, to było schronienie Tanyi i całej reszty. Robiło się już
coras jaśniej, ale przez drzewa nie przebijało się śwaitło i dlatego
było tam tak ciemno.
Podbiegłam do drzwi. Niezdąrzyłam nawet zapukać, a zostały otwarte.
W drzwiach stała Tanya.
-Wszystkiego najleprzego…-powiedziała i mnie utuliła.
-Dziękuje, Tanyo. Edwarda jeszcze nie ma?- wiedziałam, że nie ma,
ale chciałam się upewnić.
-Edwarda? Nie, niestety jeszcze go nie ma, no choć.- westchnęła.
Tanya jak zwykle ciągle zakochana w Edwardzie.
Nie może przecierpieć tego, że on nieodwzajemnia jej uczuć.
Zawsze mówię jej jedno, że nie jest jej wart.
-Dobrze…-tylko to powinnam powiedzieć.
Pociągnęła mnie za sobą.
W salonie byli Irina, Kate, Eleazar i Carmen.
-Oh Elenore, jak dobrze cię widzieć.- powiedziała Irina,
podbiegła do mnie i mnie przytuliła.
-Ciebie też dobrze widzieć. Tak jak was wszystkich.
Oh Eleazar?- powiedziałam.
-Tak słucham?- spytał.
-Tarcza mi niedziała!- niegdy nie miałam ułomności,
może nie działła mi, bo mam za dużo darów?!
-Pózniej się tym zajmę,a i wszytkiego najleprzego.- powiedział z uśmiechem.
Czemu później, nienawidziłam czekać, czhciałam załatwić to jak najszybciej.
-A teraz chcemy byś zobaczyła nasz prezent, wybieraliśmy go dla ciebie
przez trzy tygodnie!- orzekła przeszczęśliwa Kate.
- A co to jest?- spytałam. Tanya podeszła do mnie.
-Wyciągnij dłoń.- rozkazała. Wyciągnęłam do niej rękę, a ona
podała mi coś małego.
Okazało się, że to klucz do samochodu, ale do niezwykłego
samochodu, tylko do najszybszego i najładniejszego auta na świecie,
do Lamborgini.
-O matko zawsze chciałam mieć taki wózek,
oh dziękuję wam!- podeszłam do każdego i przytuliłam ich.
Byłam szczęśliwa jak dziecko z nowej zabawki.
-Nie ma sprawy, choć go zobaczyć.- powiedział Eleazar.
Wyszliśmy na zewnątrz i poszliśmy do garażu. Pośród kilku innych
aut stało prześliczne czarne Lamborgini, i to takie o jakim mażyłam.
Musiałam coś powiedzieć.
-Kto się ze mną ściga, nie dodam, że napewno przegra.- spytałam.
Kochałam się ścigać, z zwłaszcza z pieniądze...
-To może ja się skuszę!- to był Edward, myślałam,
że będzie dłużej jechał.
-Edward...- powiedziała Tanya, a ja przewróciłam oczami.
-Ty Edward chcesz się ze mną ścigać? Nawet Emmett nie daje sobie
ze mną rady, a co dopiero ty?!- i tak się z niego śmiałam,
oczywiście nie obyło się bez ostrego spojżenia Tanyi, ale przejdzie jej,
przecież często przy niej obrażam Edwarda.
Dotychczas ścigałam się już z Emmettem i Jasperem oni kochają ścigać
się o kasę podobnie do mnie, uwielbiają hazard.
Kiedyś się nawet raz ścigałam się z Edwardem, ale wygrałam
i byłam pewna, że teraz też bym powtórzyła moje zwyci ęstwo.
Jak wygrywałam mercem Carlisle' a i Esme, z Jeppem Emmetta
to wygram moim Lamborgini z Volvo Edwarda.
-To moja sprawa, czy jestem dobry czy nie, Elenore.- nie chciałam
się z nim kłócić i bardzo chciałam by Tanya zobaczyła jego
porażkę w wyścigach.
-Zgoda! Jak wygram to dajesz mi 200 $ jak przegram to ja daję
tobie 300 dolców, i co ty na to?- właściwie mogłam powiedzieć tylko to,
że ja wygram, bo to już było pewne, ale on mi czyta w myślach,
a ja przewidywuje przyszłość.
-Przystaję!- powiedział. Uwielbiam to.
Stanęliśmy na STARCIE razem z samochodami.
Oczywiście wszyscy liczą na Edwara.
Ale to tylko pozory w duchu wiem, że są po mojej stronie,
a przynajmniej Irina.
Edward śmiał się jak głupi do sera, co mu odwaliło,
pewnie nawet sam Bóg nie wie.
Zjadłam ostatniego chipsa i wsiadłam do auta.
Wyjęłam z kieszeni gumę do żucia i włożyłam dwa kawałki do ust,
bez jedzenia nie przeżyje, to moje Credo, "Kiedy nie jeż jesteś słaby",
i dlatego ja ciągle coś jem, wszyscy mówią, że to moje uzależnienie,
tak właściwie to mówią prawdę, ale ja się do tego nigdy nie przyznam.
Eleazar miał powiedzieć "START", jedyny, który na nikogo nie głosuje,
bo uważ, że takie wyścigi są bardzo szczeniackie, szczere.
-Gotowi?!- sptał, kiwneliśmy głową,- Start!!!- krzyknął. Ruszyliśmy.
O tej porze roku było zimno i padał śnieg, więc jeździło się strasznie ,
a w lesie było jeszcze gorzej.
Edward prowadził, powinnam się bardziej skupić,
a nie zwracać uwagę na byle co!
Wyprzedziłam go, byliśmy już przy MECIE prowadziliśmy łeb w łeb.
Wszyscy już byli na miejscu, kochałam te szybkość.
Auto Edwarda może się schować przy moim.
Wiedziałam już, że wygram ja, byłam tego pewna.
To dzięki mojej intuicji i zdolności, a tagże
dzięki temu, że przewidziałam moją wygraną.
Moje Lamborgini przekroczyło linie mety,
a Edward dojechał zaraz z mną.
Wyszłam z auta, Edward też tylko ja byłam uradowana,
a on był zły do kości.
-I co nadal to jest twoja sprawa czy jesteś dobry czy nie?- spytałam się go.
Uśmiechnął się.
-Gratulackje, Elenore jesteś naprawdę dobra.- szczęka
mi opadła, pogratulował mi?!
"Nie dam ci tej satyswakcji."- powiedział Edward w myslach.
A jednak był zły to mi wystarczało.
-Dziękuje, Edwardzie, ale ja o tobie nic miłego nie powiem,
albo...nie niedoczekanie.- kochałam go dręczyć.
-No i co, cieszę się twoją wygraną w końcu są twoje urodziny.- fajnieee...
-Jestem lepsza, jestem lepsza, jestem lepsza, jestem lepsza, jestem lepsza,
jestem lepsza, jestem lepsza, jestem lepsza!!!- zaczęłam go drażnić.
-Skończyłaś już, Elenore?- spytała Tanya.
-Tak. A ty gorszy, a ty gorszy, a ty gorszy, a ty gorszy, a ty gorszy,
a ty gorszy, a ty gorszy, a ty gorszy, a ty gorszy,
a ty gorszy!!!- jak ja to kochałam, zachowywałam się
jak małe dziecko, które wygrało z rodzeństwem i się tym chwali,
ale trzeba się chwalić swoimi atutami, i dlatego tak wyzywająco
się ubieram, podkreślam to, że jestem panną.
-Cała Elenore, źle by było gdyby była normalna.- powiedział Eleazar.
-Tak, to prawda. Choć Eleazar, miałeś coś zrobić z moim
problemem.- już tęskniłam za Jasperem, a co dopiero tu
przyjechałam, zostanę tu do jutra i jadę do domu swoim superaśnym
autem, a i muszę zadzwonić do Jaspera.
-Dobrze, choć.- poszliśmy do jego i Carmen sypialni.
Usiadłam na łóżku.
-To o co chodzi?- spytał.
-Od kilku dni nie mogę włączyć tarczy, nie wiem
co stało się z nią, pomórz!- byłam zdesperowana zawsze
wszystko mi działało, prucz muzgu.
Zamknął oczy i się skupił. Po chwili.
-Nie czuję byś miała taki dar jak "tarcza".- otworzyłam
tylko szeroko oczy.
-Słucham?! Przecież od kiedy powstałam miałam tarczę,
sam ją kiedyś wyczułeś. Co stało się, że już jej nie mam?!- byłam strasznie zła,
pewnie na dole mnie słyszeli, nie zapowiadało się ciekawie,
Aro jest pewny, że mam ten dar i jestem bespieczna, a tu dupa.
-Przeżyjesz?- spytał.
-Nie wiem. Wiem tylko, że jestem głodna.- zeskoczyłam z łóżka.
-To do ciebie podobne.
-Tak wiem.- zbiegłam osowiała na dół.
Edward rozmawiał o czymś z Tanyą, która była wpatrzona
w niego jak w ósmy cud świata. Nie wiem co ona w nim widzi.
Eleazar zszedł na dół i usiadł obok Carmen,
która rozwiązywała krzyżówki, nie wiem co ją w tym
tak podniecało i tak wszystko wiedziała.
Wziełam z szawki paczkę paluszków marcepanowych,
i usiadłam przed telewizorem koło Iriny, Kate szukała czegoś w komputerze,
więc nie chciałam jej w tym przeszkadzać.
-Słyszałam.- powiedziała Irina.
-Ale co?- chodziło jej o moją tarczę.
-Że nie masz już tarczy.
-A wiesz dlaczego?- spytałam.
-Niestety, nie mam bladego pojęcia.
Cały dzień przesiedzieliśmy nie ruszając się nigdzie.
Tylko ja chodziłam do kuchni jak skończyło mi się jedzenie.
Dobre było dla mnie, że (ogromnie) dużo jadłam, a nie tyłam.
-Idę się przejść do lasu.- orzekł Edward.
-A kogo to obchodzi?- spytałam. Nawet na mnie nie spojżał,
tylko wyszedł.
Świnia.
Wszyscy wrócili do swoich zajęć.
Nie mogłam uwierzyć, że nie mam tarczy to był mój ulubiony dar,
a zaraz po nim czytanie w myślach.
Było już późno, więc wyszłam z domu i poszłam do garażu.
Wyjęłam z Volvo Edwarda moją kosmetyczkę i weszłam do chałupy.
-Jestem zmęczona pójdę się upożądzić i idę spać.
-Dobranoc.- powiedzieli na raz.
-Dziękuję, miłej nocy.- i pobiegłam do mojego pokoju, zawsze wolnego,
bo lubię tu często przyjeżdżać.
Kiedy skończyłam wiczorną toaletę, położyłam się do łóżka,
a z pod niego wzięłam dużą paczkę chipsów. Wyjęłam telefon
i wstukałam dobrze mi znany numer.
Odebrał po jednym sygnale.
-Elenore?- spytał. Jak dobrze było słyszeć jego głoś.
-Tak to ja, tęsknie za tobą Jasper.- odrazu mu to powiedziałam.
-Tak jak ja, mała. Wszystkiego najlepszego. Jak tam minął dzionek?
-Już od rana było strasznie, jak dotarłam na miejsce to było w miarę,
ale później było okropne.
A i dostałam czarne Lamborgini.
-Lamborgini?! Ale ci zazdroszcze, musi być szybkie
wyprubywowałaś go już?- kochał szybkie auta i wszystko co było szybkie.
-Tak ścigałam się nim z Edwardem i wygrałam!- chociaż to mnie trochę pocieszało.
-Mogłem się domyślić. Jak przyjedziesz to też mamy dla ciebie prezenty.
-Wiem, widziałam, ale nie widziałam jakie.
-A dlaczego później było okropnie?- zapytał.
Nie chciałam mu mówić o tarczy.
Skłamałam.
-Edward nie jest na mnie zły.- przyznałam ze sztucznym smutkiem.
-Naprawdę, zawsze kipiał ze złości na ciebie.- powiedział zdziwiony.
-Tak wiem. Wiesz jestem zmęczona i chcę już spać.
-Dobrze uważaj na siebie, wiem , że zawsze uważasz, ale nigdy nic nie wiadomo,
jak jutro przyjedziesz to porozmawiamy.
-Tak zawsze na siebie uważam, bardzo cię kocham, Jasper, pozdrów
Alice i miłej nocy.- porzegnałam się.
-Pozdrowie i też cię bardzo kocham, dobranoc, Elenore.- i się rozłączył.
Byłam roztrzęsiona tym, że nie jestem dostatecznie bespieczna, ale
wiedziałam, że mam swoich własnych ochroniaży, w postaci Tanyi, Kate,
Iriny, Carmen i Eleazara, a zapewne nawet Edwarda.
Ale i tak się bałam, Aro napewno był by na mnie zły, że mu o tym nie powiem,
ale... mu o tym nie powiem.
Na dole było cicho, ale i tak nie mogłam zasnąć, zbyt wiele jak na jeden dzień.
Zwaliłam kołdrę, na podłogę i rozłożyłam nogi w dwóch przeciwnych kierunkach.
Położyłam głowę na poduszce, ale nie zamierzałam płakać, takie dziewczyny
jak ja nie płaczą tylko przyjmują złą wiadomość i się z tym godzą,
chociaż trudno mi z tym było się pogodzić.
-Ja dołącze do Edwarda.- usłyszałam z dołu głos Tanyi.
Jak zwykle dla niej liczył się tylko Edward.
Co ona znowu kombinowała?
Postanowiłam, że dowiem się o tym następnego dnia, byłam zbyt zmęczona...
-Ej ty, obudź się!- krzyknął Edward.
Otworzyłam oczy nawet nie wiem ile spałam.
Słuchawki nadal miałam w uszach, ale muzyka nie leciała, bo
wyładowała mi się bateria w komórce.
-Co się stało?- spytałam.
-Wyjmij paszport, idzie straż graniczna.- powiedział.
-Jest noc?- przez mocno przyciemniane szyby nie mogłam rozróżnic
czy jest no, czy dzień.
-Tak, Elenore, słońce nie świeci, a i przykro mi z powodu Sashy.- orzekł
przygaszonym głosem. Otworzyłam szeroko oczy. Myślałam, że mnie nie słysz,
a jednak prędko muszę się spodkać z Eleazarem.
-Ty to wszystko słyszałeś?
-Za głośno myślisz, ale nie bój się nikomu nie powiem.- nie wieżyłam mu.
-Serio? Kłamiesz!- nigdy nie był dla mnie miły, no tylko kiedy chaciał
mnie zdenerwować!
-Chcę być lojalny wobec Tanyi i jej sióstr.- oczywiście,
dla mnie by tego nie zrobił.
Nie interesuje go fakt, że jesteśmy przybieranym rodzeństwem,
oh nienawidzę go.
-Strażnik zapukał w szybę, kiedy Edward ją uchylił, strażnik zajżał do środka.
Wyglądał miło, miał jakieś 40 lat i nie był dość wysoki, można by
powiedzieć, że Bóg pokarał go też nadwagą. Nie powinien zostać
strażnikiem, pewnie ma znajomości. Uśmiechał się zamiast wyglądać hardo!
-Państwa paszporty, proszę.- poweidział nie przestając się uśmiechać. Dałam Edwardowi swój, a on podał je strażnikowi. Trochę to trwało, ale doczekanie przyszedł strażnik, z naszymi paszportami.
-A gdzie piękna para wyjeżdża?- spytał się nas strażnik.
-Para?!- krzyknęliśmy razem i się skrzywiliśmy.
-Jedziemy zwiedzić Park Narodowy w Denali i nie jesteśmy parą,
Edward to mój brat!- powiedziałam- Zakała rodziny.- szepnęłam tak
by strażnik mnie nie uślyszał, ale Edward owszem.
Przewrócił oczami.
-Oj przepraszam, ale wpadka, miłego zwiedzania.- powiedział zaczerwieniony
strażnik i machając, że możemy jechać, odszedł.
Pojechaliśmy dalej. Po paru minutach.
-Jak mógł pomyśleć, że jesteśmy parą?! Przecież ja czuję do
ciebie tylko obrzydzenie!- krzyczałam z niedowierzenia.
-I nawzajem, Elenore.- odpowiedział mi pięknym za nadobne.
Przez parę minuta się do siebie nieodzywaliśmy, ale oczywiście
ja bez mówienia długo nie wytszymam. Zaczęłam gadać o szkole.
-W szkole uważają nas za starożytnych ludzi z XXI wieku.- czasem na
przerwach lubię podsłuchiwać myśli niektórych ludzi ze szkoły.
-Plecą paradoksy.- on chyba mnie nie zrozumiał, serio jest tępy.
-I właśnie o tym właśnie mówię! Każy powiedziałby "plecą bzdury",
a my, że plecą paradoksy, o matko!- zaśmiał się.
-Czyli mam mówić tak? Okej lala teraz będę cię słuchał,
mowa...- wkórzał mnie.
-To nie jest śmieszne.-ale on się śmiał.
-Ale mnie bawi. Jesteś z nas najstarsza i zachowujesz się jak dziecko
i jakbyś dorastała w tym właśnie wieku.
-Bardzo dobrze wtapiam się w tłum!- to prawda zawsze potrafiłam
nieżle się maskować.
-Zachowujesz się jak jakaś księżniczka!- chyba nie przemyślał tego
co powiedział, ale tego było już za wiele!
-Staaaań!!!-samochód staną.- Pobiegnę!-otworzyłam drzwi, wyskoczyłam
i zamknęłam je z ogromnym hukiem. Nachyliłam się nad otwartą szybę ze
strony Edwarda i powiedziałam.
-Dla twojej wiadomości, Edward, od roku 1011 przed naszą erą.
jestem księżniczka!- powiedziałam. Odwróciła, się, rozejżałam się czy
nikogo nie ma i zaczęłam biec.
Nikogo, z ludzi, nie napotkałam na drodzę.
Według mojej ostatniej wizji, dziewczyny, Carmen i Eleazar
kupili mi przezen tylko jeszcze nie wiem jaki. Oh już dzisiaj kończę 1091 lat.
Biegnąc tak sama czułam się swobodnie, nikt mi nie przeszkadzał,
nikt mi nie grzebał w głowie, no poprostu roskosz.
Będę szybsza od Edwarda, bo tak wogóle jestem szybsza od wszystkich
i wszystkiego na całym świecie.
Dobiegłam już do lasu, czyli do Prku Narodowego w Denali.
Przebiegłam jeszcze parę kilometrów i przed sobą ujżałam dom,
duży dom, to było schronienie Tanyi i całej reszty. Robiło się już
coras jaśniej, ale przez drzewa nie przebijało się śwaitło i dlatego
było tam tak ciemno.
Podbiegłam do drzwi. Niezdąrzyłam nawet zapukać, a zostały otwarte.
W drzwiach stała Tanya.
-Wszystkiego najleprzego…-powiedziała i mnie utuliła.
-Dziękuje, Tanyo. Edwarda jeszcze nie ma?- wiedziałam, że nie ma,
ale chciałam się upewnić.
-Edwarda? Nie, niestety jeszcze go nie ma, no choć.- westchnęła.
Tanya jak zwykle ciągle zakochana w Edwardzie.
Nie może przecierpieć tego, że on nieodwzajemnia jej uczuć.
Zawsze mówię jej jedno, że nie jest jej wart.
-Dobrze…-tylko to powinnam powiedzieć.
Pociągnęła mnie za sobą.
W salonie byli Irina, Kate, Eleazar i Carmen.
-Oh Elenore, jak dobrze cię widzieć.- powiedziała Irina,
podbiegła do mnie i mnie przytuliła.
-Ciebie też dobrze widzieć. Tak jak was wszystkich.
Oh Eleazar?- powiedziałam.
-Tak słucham?- spytał.
-Tarcza mi niedziała!- niegdy nie miałam ułomności,
może nie działła mi, bo mam za dużo darów?!
-Pózniej się tym zajmę,a i wszytkiego najleprzego.- powiedział z uśmiechem.
Czemu później, nienawidziłam czekać, czhciałam załatwić to jak najszybciej.
-A teraz chcemy byś zobaczyła nasz prezent, wybieraliśmy go dla ciebie
przez trzy tygodnie!- orzekła przeszczęśliwa Kate.
- A co to jest?- spytałam. Tanya podeszła do mnie.
-Wyciągnij dłoń.- rozkazała. Wyciągnęłam do niej rękę, a ona
podała mi coś małego.
Okazało się, że to klucz do samochodu, ale do niezwykłego
samochodu, tylko do najszybszego i najładniejszego auta na świecie,
do Lamborgini.
-O matko zawsze chciałam mieć taki wózek,
oh dziękuję wam!- podeszłam do każdego i przytuliłam ich.
Byłam szczęśliwa jak dziecko z nowej zabawki.
-Nie ma sprawy, choć go zobaczyć.- powiedział Eleazar.
Wyszliśmy na zewnątrz i poszliśmy do garażu. Pośród kilku innych
aut stało prześliczne czarne Lamborgini, i to takie o jakim mażyłam.
Musiałam coś powiedzieć.
-Kto się ze mną ściga, nie dodam, że napewno przegra.- spytałam.
Kochałam się ścigać, z zwłaszcza z pieniądze...
-To może ja się skuszę!- to był Edward, myślałam,
że będzie dłużej jechał.
-Edward...- powiedziała Tanya, a ja przewróciłam oczami.
-Ty Edward chcesz się ze mną ścigać? Nawet Emmett nie daje sobie
ze mną rady, a co dopiero ty?!- i tak się z niego śmiałam,
oczywiście nie obyło się bez ostrego spojżenia Tanyi, ale przejdzie jej,
przecież często przy niej obrażam Edwarda.
Dotychczas ścigałam się już z Emmettem i Jasperem oni kochają ścigać
się o kasę podobnie do mnie, uwielbiają hazard.
Kiedyś się nawet raz ścigałam się z Edwardem, ale wygrałam
i byłam pewna, że teraz też bym powtórzyła moje zwyci ęstwo.
Jak wygrywałam mercem Carlisle' a i Esme, z Jeppem Emmetta
to wygram moim Lamborgini z Volvo Edwarda.
-To moja sprawa, czy jestem dobry czy nie, Elenore.- nie chciałam
się z nim kłócić i bardzo chciałam by Tanya zobaczyła jego
porażkę w wyścigach.
-Zgoda! Jak wygram to dajesz mi 200 $ jak przegram to ja daję
tobie 300 dolców, i co ty na to?- właściwie mogłam powiedzieć tylko to,
że ja wygram, bo to już było pewne, ale on mi czyta w myślach,
a ja przewidywuje przyszłość.
-Przystaję!- powiedział. Uwielbiam to.
Stanęliśmy na STARCIE razem z samochodami.
Oczywiście wszyscy liczą na Edwara.
Ale to tylko pozory w duchu wiem, że są po mojej stronie,
a przynajmniej Irina.
Edward śmiał się jak głupi do sera, co mu odwaliło,
pewnie nawet sam Bóg nie wie.
Zjadłam ostatniego chipsa i wsiadłam do auta.
Wyjęłam z kieszeni gumę do żucia i włożyłam dwa kawałki do ust,
bez jedzenia nie przeżyje, to moje Credo, "Kiedy nie jeż jesteś słaby",
i dlatego ja ciągle coś jem, wszyscy mówią, że to moje uzależnienie,
tak właściwie to mówią prawdę, ale ja się do tego nigdy nie przyznam.
Eleazar miał powiedzieć "START", jedyny, który na nikogo nie głosuje,
bo uważ, że takie wyścigi są bardzo szczeniackie, szczere.
-Gotowi?!- sptał, kiwneliśmy głową,- Start!!!- krzyknął. Ruszyliśmy.
O tej porze roku było zimno i padał śnieg, więc jeździło się strasznie ,
a w lesie było jeszcze gorzej.
Edward prowadził, powinnam się bardziej skupić,
a nie zwracać uwagę na byle co!
Wyprzedziłam go, byliśmy już przy MECIE prowadziliśmy łeb w łeb.
Wszyscy już byli na miejscu, kochałam te szybkość.
Auto Edwarda może się schować przy moim.
Wiedziałam już, że wygram ja, byłam tego pewna.
To dzięki mojej intuicji i zdolności, a tagże
dzięki temu, że przewidziałam moją wygraną.
Moje Lamborgini przekroczyło linie mety,
a Edward dojechał zaraz z mną.
Wyszłam z auta, Edward też tylko ja byłam uradowana,
a on był zły do kości.
-I co nadal to jest twoja sprawa czy jesteś dobry czy nie?- spytałam się go.
Uśmiechnął się.
-Gratulackje, Elenore jesteś naprawdę dobra.- szczęka
mi opadła, pogratulował mi?!
"Nie dam ci tej satyswakcji."- powiedział Edward w myslach.
A jednak był zły to mi wystarczało.
-Dziękuje, Edwardzie, ale ja o tobie nic miłego nie powiem,
albo...nie niedoczekanie.- kochałam go dręczyć.
-No i co, cieszę się twoją wygraną w końcu są twoje urodziny.- fajnieee...
-Jestem lepsza, jestem lepsza, jestem lepsza, jestem lepsza, jestem lepsza,
jestem lepsza, jestem lepsza, jestem lepsza!!!- zaczęłam go drażnić.
-Skończyłaś już, Elenore?- spytała Tanya.
-Tak. A ty gorszy, a ty gorszy, a ty gorszy, a ty gorszy, a ty gorszy,
a ty gorszy, a ty gorszy, a ty gorszy, a ty gorszy,
a ty gorszy!!!- jak ja to kochałam, zachowywałam się
jak małe dziecko, które wygrało z rodzeństwem i się tym chwali,
ale trzeba się chwalić swoimi atutami, i dlatego tak wyzywająco
się ubieram, podkreślam to, że jestem panną.
-Cała Elenore, źle by było gdyby była normalna.- powiedział Eleazar.
-Tak, to prawda. Choć Eleazar, miałeś coś zrobić z moim
problemem.- już tęskniłam za Jasperem, a co dopiero tu
przyjechałam, zostanę tu do jutra i jadę do domu swoim superaśnym
autem, a i muszę zadzwonić do Jaspera.
-Dobrze, choć.- poszliśmy do jego i Carmen sypialni.
Usiadłam na łóżku.
-To o co chodzi?- spytał.
-Od kilku dni nie mogę włączyć tarczy, nie wiem
co stało się z nią, pomórz!- byłam zdesperowana zawsze
wszystko mi działało, prucz muzgu.
Zamknął oczy i się skupił. Po chwili.
-Nie czuję byś miała taki dar jak "tarcza".- otworzyłam
tylko szeroko oczy.
-Słucham?! Przecież od kiedy powstałam miałam tarczę,
sam ją kiedyś wyczułeś. Co stało się, że już jej nie mam?!- byłam strasznie zła,
pewnie na dole mnie słyszeli, nie zapowiadało się ciekawie,
Aro jest pewny, że mam ten dar i jestem bespieczna, a tu dupa.
-Przeżyjesz?- spytał.
-Nie wiem. Wiem tylko, że jestem głodna.- zeskoczyłam z łóżka.
-To do ciebie podobne.
-Tak wiem.- zbiegłam osowiała na dół.
Edward rozmawiał o czymś z Tanyą, która była wpatrzona
w niego jak w ósmy cud świata. Nie wiem co ona w nim widzi.
Eleazar zszedł na dół i usiadł obok Carmen,
która rozwiązywała krzyżówki, nie wiem co ją w tym
tak podniecało i tak wszystko wiedziała.
Wziełam z szawki paczkę paluszków marcepanowych,
i usiadłam przed telewizorem koło Iriny, Kate szukała czegoś w komputerze,
więc nie chciałam jej w tym przeszkadzać.
-Słyszałam.- powiedziała Irina.
-Ale co?- chodziło jej o moją tarczę.
-Że nie masz już tarczy.
-A wiesz dlaczego?- spytałam.
-Niestety, nie mam bladego pojęcia.
Cały dzień przesiedzieliśmy nie ruszając się nigdzie.
Tylko ja chodziłam do kuchni jak skończyło mi się jedzenie.
Dobre było dla mnie, że (ogromnie) dużo jadłam, a nie tyłam.
-Idę się przejść do lasu.- orzekł Edward.
-A kogo to obchodzi?- spytałam. Nawet na mnie nie spojżał,
tylko wyszedł.
Świnia.
Wszyscy wrócili do swoich zajęć.
Nie mogłam uwierzyć, że nie mam tarczy to był mój ulubiony dar,
a zaraz po nim czytanie w myślach.
Było już późno, więc wyszłam z domu i poszłam do garażu.
Wyjęłam z Volvo Edwarda moją kosmetyczkę i weszłam do chałupy.
-Jestem zmęczona pójdę się upożądzić i idę spać.
-Dobranoc.- powiedzieli na raz.
-Dziękuję, miłej nocy.- i pobiegłam do mojego pokoju, zawsze wolnego,
bo lubię tu często przyjeżdżać.
Kiedy skończyłam wiczorną toaletę, położyłam się do łóżka,
a z pod niego wzięłam dużą paczkę chipsów. Wyjęłam telefon
i wstukałam dobrze mi znany numer.
Odebrał po jednym sygnale.
-Elenore?- spytał. Jak dobrze było słyszeć jego głoś.
-Tak to ja, tęsknie za tobą Jasper.- odrazu mu to powiedziałam.
-Tak jak ja, mała. Wszystkiego najlepszego. Jak tam minął dzionek?
-Już od rana było strasznie, jak dotarłam na miejsce to było w miarę,
ale później było okropne.
A i dostałam czarne Lamborgini.
-Lamborgini?! Ale ci zazdroszcze, musi być szybkie
wyprubywowałaś go już?- kochał szybkie auta i wszystko co było szybkie.
-Tak ścigałam się nim z Edwardem i wygrałam!- chociaż to mnie trochę pocieszało.
-Mogłem się domyślić. Jak przyjedziesz to też mamy dla ciebie prezenty.
-Wiem, widziałam, ale nie widziałam jakie.
-A dlaczego później było okropnie?- zapytał.
Nie chciałam mu mówić o tarczy.
Skłamałam.
-Edward nie jest na mnie zły.- przyznałam ze sztucznym smutkiem.
-Naprawdę, zawsze kipiał ze złości na ciebie.- powiedział zdziwiony.
-Tak wiem. Wiesz jestem zmęczona i chcę już spać.
-Dobrze uważaj na siebie, wiem , że zawsze uważasz, ale nigdy nic nie wiadomo,
jak jutro przyjedziesz to porozmawiamy.
-Tak zawsze na siebie uważam, bardzo cię kocham, Jasper, pozdrów
Alice i miłej nocy.- porzegnałam się.
-Pozdrowie i też cię bardzo kocham, dobranoc, Elenore.- i się rozłączył.
Byłam roztrzęsiona tym, że nie jestem dostatecznie bespieczna, ale
wiedziałam, że mam swoich własnych ochroniaży, w postaci Tanyi, Kate,
Iriny, Carmen i Eleazara, a zapewne nawet Edwarda.
Ale i tak się bałam, Aro napewno był by na mnie zły, że mu o tym nie powiem,
ale... mu o tym nie powiem.
Na dole było cicho, ale i tak nie mogłam zasnąć, zbyt wiele jak na jeden dzień.
Zwaliłam kołdrę, na podłogę i rozłożyłam nogi w dwóch przeciwnych kierunkach.
Położyłam głowę na poduszce, ale nie zamierzałam płakać, takie dziewczyny
jak ja nie płaczą tylko przyjmują złą wiadomość i się z tym godzą,
chociaż trudno mi z tym było się pogodzić.
-Ja dołącze do Edwarda.- usłyszałam z dołu głos Tanyi.
Jak zwykle dla niej liczył się tylko Edward.
Co ona znowu kombinowała?
Postanowiłam, że dowiem się o tym następnego dnia, byłam zbyt zmęczona...
Subskrybuj:
Posty (Atom)