Ten dzień zapowiadał się fajnie, nie padał deszcz i było dosyć sucho, jak na
tak wilgotne miasteczko w stanie Waszynkton. Noc za to była potworna, miałam
koszmary z powodu poprzedniego dnia, śniło mi się moje dawne życie to było
straszne, ale nie będę się tym przejmować. Nareszcie normalnie zamieszkałam w
swoim domku, ale trochę barkuje mi Jaspera, bo to on mnie najlepiej usypiał.
Edward zaczął dziwnie się zachowywać, chodzi w nocy do tej Belli, a ona nawet
nie wie, że tam jest, jak wraca do domu to mówi, że ją obserwuje, a to ja
zaczęłam obserwować go, chodzi do niej i gapi się na nią jak by w szkole nie
mógł, kiedy przyłapał mnie, że go śledziłam powiedział, że lubi patrzeć jak
Isabella śpi, jakiś chory zboczeniec, pewnie w szkole też będzie wciąż o niej myślał.
To chore zakochał się w człowieku, w nikim w takiej zwykłej osobie jak
Isabella Swan tylko dlatego, bo jej krew tak ładnie pachnie, a przez to chciał
ją zabić i to dla niego jest takie romantyczne. Zakochał się w nikim, a odrzócił
bardzo wyjątkową osobę, którą jest Tanya. Bardzo jestem ciekawa jak
zareaguje Tanya gdy dowie się o Edwardzie zabujczo zakochanym w ludzkiej
dziewczynie. Ciekawe też czy Edward zdaje sobie z tego sprawe, że Bella jest
człowiekiem, a on sam jest wampirem, nie może z nią uprawiać seksu, ani nawet
namiętnie się całować, bez wyżądzenia jej krzywdy, to naprawdę chore, może
chce przy niej poczuć się jak człowiek, a kto go rozumie pewnie nawet sam
Bóg nie da rady go rozgryść, ale ja dam radę, bo jestem najlepsza. Edward
naprawdę mnie denerwuje, nienawidzę go. Esme i Carlisle zawsze dziwli się dlaczego
od kiedy się do nich sprowadziłam to darłam koty z Edwardem przeciesz Edward
to takie dobre dziecko. Edwarda denerwuje to, że zachowuję się jak księżniczka
i że wszystko mi wolno, a Carlisle si ę mnie słucha, a to dlatego, że obiecał
Aro zajmować się mną jak najlepiej i dobrze mu to wychodzi.
Wszyscy myślą, że nielubię tagże Emmetta, ale prawda jest taka,
że poprostu nie wypada mi lubić osób, które mnie obrażają.
Emmett drażni się ze mną tak dla zabawy i zapewne mnie lubi tak
jak ja lubię jego tylko, że ja bym się do tego nigdy nie przyznała
prawdopodobnie Emmett też. Bardzo lubię ludzi z poczuciem humoru,
a Emmett ma go bardzo dużo, ze wszystkiego potrafi sobie jaja robić.
Wiedziałam, że Cullen' owie szykują się już do wyjścia chociaż mamy
jescze trzy godziny.Przewróciłam się na plecy i patrzyłam na sufit, a
raczej na ciemno-zielony baldachim przyczepiony do mojego łorza.
Szkoła, ostatnie miejsce, do którego chciałabym teraz iść, no poza granicą
ustawioną z wilkołakami. No tak granica, to było bardzo dawno, nie było mnie
przy tym, bo przecież ja nie poluję, ale Carlisle mi wszystko opowiedział,
Jasper i Alice jeszcze wtedy do nas nie doszli. Było to wieczorem Cullen' owie
wybrali się do lasu na polowanie, kiedy zapolowali znaleźli ich wilkołaki.
Zobaczyli, że wampiry nie chcą walczyć więc uzgodnili między sobą pakt,
Cullen' owie mieli nie przekraczać granicy, nie polwać na terenie wilkołaków
i przedewszystkim nie zabijać ludzi na terenie miasta, jak złamią przepisy to ich zabiją, oczywiście wilki też coś obiecały, obiecały, że b ędą przekraczali granicę tylko w
szczególnych wypadkach i dlatego nie możemy przekraczać granicy.
Musiałam zacząć się szykować do szkoły, bo jak Jasper po mnie przyjdzie o
muszę być już gotowa. Usiadłam i przez chwilę patrzyłam się w przestrzeń, w końcu wstałam, zmęczona z łórzka, i poczłapałam do kuchni, bo byłam strasznie głodna,
a lodówka bardzo przyciągała mnie do siebie. Otworzyłam ją i wyciągnęłam
michę lazani, która zrobiłam wczoraj w nocy, bo nie mogłam spać.
Pochłonęłam ją za jedyn zamachem i od razu zrobiło mi się lepiej.
Usiadłam na sofie i włączyłam telewizor, ustawiłam na program z
wiadomościami CNN, czas dowiedzieć się jakie nudy panują na tym głupim świecie.
Jak zwykle to samo, wojna w Iraku, wypadek samochodowy na dużej
autostradzie, pokój w Iranie, wkółko to samo, nie mogliby puścić czekoś
ciekawszego. Wyłączyłam telewizję i poszłam się umyć. Łazienka to
było moje ulubione miejsce, zaraz po kuchni. Miałam wannę i przysznic,
ale wybrałam wannę, bo mam trochę więcej czasu.
Dźwięk lecącej wody mnie uspokajał, napełniłam wannę
gorącą wodą, aż zaparowały wszystkie sześć luster znajdujących się w łazience,
Rosalie wie, że uwielbiam lustra, a ona projektowała łazienkę. Rozabrałam się do naga i wrzóciłam jedwabną koszulę do kosza na brudy. Zamoczyłam się w gorącej
wodzie, oparłam głowę o brzeg wanny i zamknęłam oczy.
Ciepło, które było w wodzie doprowadzało do tego, że zrobiło mi się
błogo i śpiąco więc otworzyłam oczy i nalałem olejku z lawendy, żebym
była spokojna w szkole. Mogłam tak leżeć bez końca, ale przypomniało
mi się, że za nie całą godzinę przyjdzie po mnie Jasper. Wpadłam na pewien pomysł, wyciągnęłam rękę z ciepłej wody i sięgnęłam po telefon. Zadzwoniłam
do Jaspera i powiedziam, że chociaż jeden raz chciałabym jechać sama do szkoły, z niesłychanym spokojem i bez żadnych kłótni zgodził się, ale powiedział, że to jeden jedyny raz, a jutro znowu po mnie przyjdzie, chociaż słyszałam, że Carlisle wyraźnie powiedział, że woli by mieli mnie na widoku.
Nareszcie, może Jasper uznał, że dam sobie radę w każdym wypadku,
a to przecież tylko samodzielny dojazd do szkoły, przecież jestem bardzo
dobrym kierowcą!Domyśliłam się dlaczego Carlisle, chce by mieli mnie na widoku, oczywiście dlatego, że w okolicy są intruzi, ale w najgorszym wypadku ci "intruzi"
omineli by mnie i zostawili w spokoju, a wtedy to by stała mi się krzywda
i naprwdę byłabym zła.Miałam jeszcze trochę czas, ale uznałam, że przyjadę
wcześniej i pokażę Jasper' owi, że nie popełnił błędu. Wyszłam z ciepłej wody,
która była bardzo przyjazna dla mojej zmarzniętej skóry, owinęłam się
czerwonym ręcznikiem, wilgotne włosy zwisały mi bezradnie na nagich ramionach.
Poszłam do mojej wielkiej garderoby, ale nie zauważyłam progu i z
całej uderzyłam się w moją lewą nogę, zaczęło mnie potwornie boleć.
-Cholera!!! Czemu akurat ta noga?!- zaczęłam krzyczeć.
Chciałam jak najszybciej iść do Carlisle' a po dawkę morfiny,
ale ostatnią dawkę dostałam wczoraj, a nie można tego przyjmować tak często,
bo może być źle. Począłgałam się do sypialni i wturlałam się pod łóżko.
Jak nie mogłam dostać morfiny to przecież mogłam brać jakieś zastępcze środki,
o których wie tylko ja i właśnie dlatego trzymam to pod łóżkiem.
Sięgnęłam ręką i wyjęłam butelkę bardzo silnego alkocholu, który uśmiesza
ból mojej nogi prawie tak dobrze jak morfina. Apsynt jest zabroniony w
USA więc muszę go sprowadzać, aż z Rumunii od moich ztworzycieli,
których znam tylko ja. Napiłam się jednego dużego łyka i położyłam się na łóżku.
Kiedy zrobiło mi się trochę lepiej poszłam znowu do garderoby i ostrożnie minęłam
próg, nawet nie dotykając go nogami tylko bardziej przeskakując go.
Postanowiłam ubarć się w prześwitującą, sienitką bluzeczkę w kolorze ogona
pawia, srebrną marynarkę i tego samego koloru spodnie, buty były czarne
i bardzo pasowały do mojego ubioru. Zdjęłam ręcznik i rzuciłam do kosza.
Ubrałam to co miałam ubrać i zabrałam się do mycia zębów, żeby nikt nie
wyczuł ode mnie alkocholu, a zwłaszcza Jasper. Zrobiłam sobie ekstrewagancki
makijasz, uczesałam jasne włosy i je wyprostowałam.
Pozwoliłam sobie przed wyjściem wypachić się moimi
ulubionymi perfumami o zapachu truskawek, chociaż i tak ja sama
zawsze pachnę nimi. Niektóre wampiry mają jakąś swóją własną woń,
naprzykład Jasper pachnie lawendą, ale to zależy od tego jaki dar posiadasz.
Lawenda uspakaja działa na emocje człowieka, tak jak Jasper.
Nie wiem dlaczego akurat pachnę jak truskawka, może dlatego,
że mam tak dużo darów. Edward pachnie niewiadomym zapachem,
a Alice lodową bryzą.Wzięłam swoją torbę i wyszłam z domu najszybciej
jak tylko mogłam.Popędziłam do garażu, weszłam do mojego Lamborgini
i włączyłam silnik. Odjechałam z podjazdu i ruszyłam przez las.
Minęło trochę czasu nim wjechałam na główną drogę. Jechałam sama, bez
nikogo kto by mnie o co kolwiek pytał, lub mnie denerwował, była taka cisza.
Na drodze jechało sporo samochodów, pewnie ludzie spieszyli się do pracy
lub tak jak ja do szkoły. Dojechałam na miejsce, wszyscy patrzyli się na mój
samochód, nareszcie znowu byłam w centrum uwagi. Zaparkowałam obok
samochodu Edwarda i wyszłam ze środka, Cullen' owie czekali na mnie.
Kiedy wyszłam napotkałam wzrok piątki rodzeństwa.
Uśmiechnęłam się od ucha do ucha. Każdy kto koło nas przechodził,
patrzył na moje auto, byłam w niebo wzięta, Edward to zauważył.
-Chyba podoba ci się to jak wszyscy patrzą na ciebie, a raczej na twój wóz.- powiedział i się
zaśmiał. Zezłościł mnie, nie można mu żartować ze mnie!
Odwrócił się i napotkał wzrok Belli, która stała jakieś cztery auta dalej,
szybko jednak się od niego odwróciła, jakie to dziecinne.
-Chyba podoba ci się to jak Isabella Swan się na ciebie patrzy.- odpłaciłam
mu ripostą, już nie było mu do śmiechu, ale mnie bardzo się to podobało.
Nagle nawiedziła mnie wizja, był w niej nie przyjemny pisk opon,
granatowy van Tyler' a Crowley' a i zmasakrowane ciało Isabelli Swan.
Ocknęłam się, chciałam powiedzieć co przed chwilą widziałam, ale w tej
samej chwili Alice miała te samą przerażającą wizję.
Edward zesztywniał. Usłyszałam dziki pisk opon i zobaczyłam jak
Bella obraca się i wpatruje się w auto, które pędzi prosto na nią,
odwraca wzrok na Edwarda, a ten patrzy się na nią z przerażeniem
w oczach, odwraca się znów w stronę samochodu. Niektórzy uczniowie
zaczęli krzyczeć. Nagle Edward wyskoczył jak z procy i uratował Bellę
przytrzymując vana własnym ramieniem. Stałam w jednym miejscu z
rozdziwioną buzią, wydarzenia kierowały moimi emocjami, najpierw
był strach, później ciekawość, ale szybko zastąpiła ją złość.
Dlaczego to zrobił?! Jak on mógł to zrobić?! Czy on wogóle wie co zrobił?!- krzyczałam w sobie. Spojżałam się na Jaspera, on tylko zrobił złą minę. Cała nasza piątka
patrzyła się na te całe zamieszanie i stała w miejscu. Wszyscy byliśmy źli
na Edwarda. Postanowiłam powiedzieć mu to. Ruszyłam się z miejsca i
podbiegłam do Edwarda, ten patrzył się tylko na Bellę i na to co z nią robią.
Włożyli jej idiotyczny kaftan i połóżyli na noszach, pewnie teraz chciałaby
zapaść się pod ziemię ze wstydu. Podeszłam do Edwarda i trąciłam go w ramię.
-Elenore, o co ci chodzi?- spytał jak by nie wiedział.
-Czy ty udajesz takiego głupka czy naprawdę nim jesteś? Nie wiesz co
się stało, przed chwilą pokonałeś własnym ramieniem vana o dwa razy
większego od ciebie, a co jest jeszcze w tym dziwnego?-mówiłam zciszonym
głosem. Edward nie chciał ze mną gadać, ale nie zamierzałam dać mu spkoju.
-Dziwne jest jeszcze to, że stałeś o cztery auta dalej od tej dziewczyny,
nie miałeś szans na przebiegnęcie w tak szybkim tępie takiej odległości ona
się domyśli i wszyscy poczujemy skutki twojego głupiego zachowania.
Jeśli tylko ta twoja panna coś komuś powie to jak to wyjaśnimy?
Dowiedz ą się kim naprawdę jesteśmy.- byłam zarzenowana tym jego
podejściem do całej sparwy, dla niego liczyło się tylko to,
że udało się uratować dziewczynę.
-Powiemy, że Bella podczas wypadku udeżyła się w głowę
i plecie głupoty.- odpowiedział mi wreszcie.
-I to jest dla ciebie rozwiązanie?- spytałam.
-Nie wiem co teraz o tym mam myśleć.- powiedział.
-Ale ja wiem, jeśli ona cokolwiek powie komuś to będziemy zmuszeni ją zabić.
-Do tego nie dopuszczę! Muszę iść.- kszyknął i wszedł do karetki.
Zapewne jechał do szpitala gdzie pracował Carlisle, to znaczyło, że też musiałam tam jechać.
Pobiegłam szybko do mojego auta i ruszyłam. Na drodze panował korek.
Karetka jechała na sygnale i do tego w eskorcie wozu policyjnego, a
więc wszyscy ją przepuszczali. Karetka była daleko ode mnie, więc
musiałam działać na własną rękę. Wysiadłam ze swojego auta i poszłam w las.
Rzuciłam się w szybki bieg, słyszałam odgłosy syren, które wydobywały się z karetki.
Syrena ucichła, a ja stenęłam. Byłam na miejscu. Wynieśli jedne nosze, na których
znajdował się Tyler, a za nimi drugie z Bellą. Zaraz za nimi wyszedł Edward,
wszyscy ruszyli do drzwi wejsćiowych, a ja za nimi, ale nie chciałam, żeby
Edward wiedział, że idę za nim, postanowiłam go śledzić. Edward odłączył się
od grupy zapewne zmierzał do gabinetu Carlisle' a. Miałam rację, kiedy Edward
wszedł do Carlisle' a ja stanęłam podsłuchiwałam przez lekko uchylone drzwi.
Musiałam wniknąć do umysłu Edwarda, bo zapewne Carlisle bedzie
przekazywał mu słowa poprzez myśli.
- Carlisle.- powiedział Edward.
-Edwardzie… Nie zrobiłeś tego…- Carlisle' owi chdziło o to, że zabił Bellę,
wcześniej przeprowadzili rozmowę na temat jak się powstrzymywać
i Edward powiedział Carlisle 'owi, że najch ętniej wyssałby
krew z Belli, bo ona tak go kusi.
- Nie o to chodzi.
Wziął głęboki oddech.
-Oczywiście, że nie. Przepraszam, że tak pomyślałem. Twoje oczy…
Oczywiście, powinienem wiedzieć...- powiedział Carlisle.
- Ona jest ranna Carlisle, prawdopodobnie to nic takiego, ale…- chodziło mu o Bellę.
- Co się stało?- spytał Carlisle.
- Głupi wypadek samochodowy. Była w złym miejscu, w złym czasie. Ale nie
mogłem tam tak stać i pozwolić jej zginąć
-Zacznij od początku. Nic nie rozumiem…Jaki jest w tym twój udział?
- Van wpadł w poślizg na lodzie.Ona stała mu na drodze. Alice widziała to
w swojej wizji, jednak nie było czasu, by zrobić cokolwiek innego
niż pobiec i odepchnąć ją. Nikt nic nie zauważył... poza nią.
Musiałem ponownie zatrzymać vana, jednak znowu nikt
tego nie widział, z wyjątkiem niej. Ja... Przepraszam Carlisle.
Nie chciałem narazić nas na niebezpieczeństwo.
Carlisle położył mu rękę na ramieniu.
- Postąpiłeś słusznie. Wiem, że to nie było dla ciebie łatwe. Jestem z ciebie dumny.- co?!
Myślałam, że to Carlisle będzie na niego zły, że go ochszani, a on jest... z niego dumny,
jest dumny z kogoś kto nas wydał, to przez Edwarda możliwe,
że znowu będziemy się przeprowadzać, nienawidzę Edwarda.
Spojżeli sobie w oczy.
- Ona wie, że jest ze mną... coś nie tak.- powiedział zdegustowany Edward.
- To nie ma znaczenia. Jeśli będziemy musieli wyjechać, wyjedziemy. Czy, coś już
powiedziała?- Carlisle był taki spokojny.
Edward zaprzeczył ruchem głowy.
- Do tej pory, jeszcze nic.
-Jeszcze . . . ?- spytał Carlisle.
- Zgodziła się potwierdzić moją wersję wydarzeń, jednak oczekuje wyjaśnień.- nie powiedziała jeszcze, ale niedługo powie.
Zmarszczył brwi, myśląc nad tym co Edward powiedział.
- Uderzyła się w głowę… Uderzyła nią naprawdę mocno o ziemię. Wydaje się
być cała. Jednak… Ona chyba naprawdę wiele oczekuje, w zamian za milczenie.
Elenore powiedziała, że jak coś powie to będą zmuszeni ją zabić.- mówił Edward z
desperacją w głosie.
-Być może nie będzie to konieczne. Zobaczymy co się wydarzy… Wydaje mi
się, że mam pacjenta do zbadania.- pwiedział spokojnie Carlisle.
- Proszę. – powiedział błagalnie. – Tak bardzo się martwię, że ją
skrzywdziłem.
Twarz Carlisle rozpromieniła się, gdy pogładził swoje piękne, jasne włosy.
Zaśmiał się pocieszająco.
-To był dla Ciebie interesujący dzień, prawda?- powiedział z ironią.
Carlisle sobie żartował, żartwał z wcale mało śmiesznej sytuacji.
To było naprawdę dziwne, normalnie to Edward by sobie jaja z tego robił,
a Carlisle był by bardzo zdenerwowany, a teraz tak jagby role się odwróciły o 180 stopni.
Carlisle wyszedł i mnie zobaczył. Właśnie o to mi chodziło, chciałam go zjechać za to,
że jest po stronie Edwarda, ale miał taką przyjemną twarz, że nie mogłam tego zrobić.
-Elenore, co ty tutaj robisz?- spytał się mnie.
-Chciałam zobaczeć czy Bella coś powie, to doświadczenie z Edwardem jako superbohaterem było bardzo niebespieczne.- przekazałam mu w myślach.
-Masz rację, ale nie wińmy go za to, taki odruch ma się już
wszczepiony, pomyśl, że gdyby nie uratował Belli byłaby duża kałuża krwi,
a Jasper zapewne by tego nie wytrzymał, być może zabiłby kilku ludzi,
jak myślisz jak by się z tym później czuł?- spytał.
-No tak nie pomyślałam o tym.-uśmiechnęłam się- No idź już pacjętka czeka.- też się uśmiechnął, a ja weszłam do jego gabinetu gdzie znajdował się Edward.
-Nie ładnie podsłuchiwać.- powiedział Edward.
-Ja zawsze robię nie ładne rzeczy.- zaśmiał się.
-No dobra, dowal mi, krzycz na mnie, zrób to co musisz i daj mi już spokój.- powiedział.
Podeszłam doniego i spojżałam mu w oczy.
-Dobrze, że ją uratowałeś, chociaż to było cholernie niebespieczne.- szczęka mu opadła.
-Krótka rozmowa z Carlisle' em cię przekonała?- spytał.
-Tak.- powiedziałam krótko.
-Jesteś dziwna.- normalka.
-Tak, wiem.- i wyszłam. Edward dołączył do mnie.
Staneliśmy pod ścianą i przyglądaliśmy się pracy pielęgniarek.
Edward skupił się na zdjęciu rendgenowskim Belli. Odetchnął z ulgą,
że dziewczynie nic się nie stało, ja natomiast jeszcze bardziej się zdenerwowałam.
Gdyby dziewczyna miała uraz głowy i zaczęła mówić nie stworzone rzeczy o nas i o
tym jak Edward ją uratował to moglibyśmy powiedzieć, że ma chorą głowę, a tak to
wszystko jest z nią dobrze.
Carlisle nas przyłapał.
-Lepiej wyglądasz. – powiedział do Edwarda.
-Jest absolutnie w porządku. Dobra robota, Edwardzie. Za to ty Elenore
wyglądasz na zmartwioną.- orzekł do mnie.
-Poprostu boję się, że Bella nas zdemaskuje.- przekazałam Carlisle' owi.
-Ah tak, nie przejmuj się tym, wszystko będzie dobrze, a teraz muszę się z nią zobaczeć.- jego głos był pełen optynizmu, ale wiedziałam, że denerwuje się przed spodkaniem z Bellą.
- Myślę, że powinienem z nią porozmawiać, zanim cię zobaczy. – szepną Edward. – Będę się zachowywał całkiem normalnie. Jakoś załagodzę sprawę. - Carlisle kiwną głową z roztargnieniem, cały czas oglądając zdjęcia.
-Dobry pomysł. Hmm- powiedział Carlisle z aprobatą. Napewno trochę mu ulżyło.
Spojrzeliśmy na niego, aby zobaczyć co przykuło jego uwagę.
-Spójrzcie na te wyleczone stłuczenia! Ile razy jej matka ją upuściła?- Carlisle
zaśmiał się sam do sobie.
- Zacząłem przypuszczać, że pech nigdy jej nie opuszcza. Zawsze w złym
miejscu w złym czasie.- powiedział Edward.
-Forks nie jest dla niej odpowiednim miejscem, gdy ty jesteś w pobliżu.
-Ale jest jeszcze bardziej niebespiecznie kiedy my wszyscy jesteśmy w pobliżu.-orzekłam, a Carlisle kiwną głową. Edward cofnął się.
-Idź śmiało, dotrę do ciebie niebawem. Elenore możesz podejść?- powiedział Carlisle.
Edward odszedł szybkim krokiem, z wyraźnym poczuciem winy. Podeszłam do Carlisle' a.
Lekarze zaczęli się na mnie patrzeć, bo weszłam nie mając takiego prawa, ale nie
chcieli się kłócić wiedzieli, że jestem jedną z adoptowanych dzieci doktora Cullena.
-O co chodzi, Carlisle?- spytałam.
-Nie będziesz wyrzywać się na Edwardzie z powodu jego wybryku?- spytał.
-Hmm jeszcze nie wiem.- zrobiłam złą minę.
-Proszę cię, Nell, on bardzo dużo przeszedł, naprawdę nie chciał nas narazić.- powiedział cicho. Uśmiechnęłam się.
-Nie będę się na nim wyrzywała, ale za Rosalie nie ręczę i zawsze będę po jej stronie.- odparłam.
-Dobre chociaż i to.- odwzajemnił uśmiech.
-Powinieneś dołączyć do Edwarda, a ja... pójdę z tobą.
-Oczywiście, to chodź.- Wyszliśmy z sali i poszliśmy do urazówki.
Weszliśmy do sali i napodkaliśmy wzrok Edwarda i Belli.
Patrszyła to na mnie, to na Carlisle' a to na Edwarda, zapewne zauważyła
podobieństwo między naszą trójką, a to już coś.
- A zatem, panno Swan, jak się czujemy? – spytał Carlisle. Mówił bardzo
spokojnie, ciepłym głosem, który uspokajał większość pacjentów.
- Dobrze – odparła.
Carlisle podszedł do podświetlonej tablicy wiszącej nad jej łóżkiem, włączył
ją i przyjrzał się rentgenowi.
- Wygląda ładnie - stwierdził. - Głowa cię nie boli? Edward mówił, że
naprawdę mocno się uderzyłaś. Bella spojżała się na mnie, a ja się uśmiechnęłam,
zazwyczaj tego nie robiłam, ale jak mamy zatuszować podejżenia dziewczyny to złością
niczego nie załatwimy.
- Nic mi nie jest. – westchnęła zmęczona. Rzuciła Edwardowi wrogie spojrzenie.
Carlisle dotykał jej głowy. Był najlepszym lekarzem na świecie, jakiego dotychczas znałam, a wampira lekarza znam tylko jednego czyli Carlisle' a. Nie dekoncentrowała
go krew, ani nic, był najlepszy w swoim fahu nikt nie mógł temu zaprzeczyć.
Dziewczyna skrzywiła się, a Edward zmienił pozycję.
- Boli?- spytał Carlisle
Jej podbródek lekko drgnął.
- Nie za bardzo. Bywało gorzej.
To było dziecinne, nie mogła poprostu powiedzieć, że ją boli tylko
udaje, że wszystko jest okej, a tak naprawdę pewnie cierpi. Chyba nie lubi okazywać
swoich słabości. Edward się uśmiechnął, Bella rzuciła mu kolejne, pełne gniewu spojrzenie.
- No cóż, twój ojciec czeka na zewnątrz, może cię zabrać do domu. Ale wróć, jeśli będziesz miała zawroty głowy albo jakieś kłopoty ze wzrokiem.- orzekł Carlisle.
- Nie mogę wrócić na lekcje?
- Chyba powinnaś sobie dzisiaj odpuścić.- stwierdził Carlisle.
Ponownie, lustrowała Edwarda spojrzeniem.
- A on wraca do szkoły?
- Ktoś musi zanieść im dobrą nowinę. Żyjemy. – powiedział Edward
- W rzeczy samej. – poparł go Carlisle. – Większość uczniów czeka, na
zewnątrz.- dziewczyna skrzywiła się.
- O, nie! – jęknęła chowając twarz w dłoniach.
- Chcesz zostać? – spytał Carlisle.
- Nie, nie! – zaprotestowała szybko, wyskakując pospiesznie z łóżka. Zatoczyła się i wpadła w ramiona Carlisle'a. Przytrzymał ją i pomógł złapać równowagę.
Edward zrobił minę pełną grymasu.
- Nic mi nie jest. – powtórzyła, zanim ktokolwiek inny zdążył się odezwać.
- Weź Tylenol, jakby mocno bolało - doradził.
- Nie jest tak źle –zapewniła z przekonaniem.
Carlisle uśmiechnął się gdy wypisywał jej kartę.
- Wszystko wskazuje na to, że miałaś wielkie szczęście – powiedział z sympatią,
patrząc to na mnie to na Edwarda, wtedy zzrobiło mi się nie dobrze, czekałam,
aż Bella coś powie w rodzaju:
"Widziałam jak Edward biegnie z szybkością nadświetlną!" Lub:
"To on, Edward podnióśł vana i mnie uratował!" - ale ona powiedziała tylko:
- Miałam szczęście, że Edward stał tuż obok. – stwierdziła z niechęcią, a ja odetchnęłam z ulgą.
- Ach, no tak – zgodził się szybko dość mocno ironizują.
-Dla ciebie wszystko -pomyślał Carlisle , przekazując myśl Edwardowi-. Dasz sobie radę.
- Dziękuje ci. – wyszeptał cicho Edward. Z pewnością, żaden człowiek, nie był w
stanie tego usłyszeć.
-Nie powiedziała.- odparłam cicho. Edward i Carlisle pokiwali wolno głowami.
Następnie Carlisle zwrócił się do Tylera:
- Obawiam się, że jeśli o ciebie chodzi, będziesz musiał zabawić u nas nieco
dłużej.
Edward podszedł do Belli.
- Możemy pogadać? – szepnęła do Edwarda.
- Ojciec na ciebie czeka – wycedził przez zęby.
Edward spojżał na mnie.
-Naważyłeś piwa, więc teraz je musisz wypić.-pomyślałam. Edward się skrzywił.
Odwrócił wzrok i zerknął na Carlisle'a. Carlisle obserwował, nie postrzeżenie, każdy jego ruch.
-Ostrożnie Edwardzie.- odparł Carlisle.
- Chciałabym rozmówić się z tobą na osobności, jeśli nie masz nic przeciwko – dziewczyna upierała się półgłosem. Edward kiwną głową. Wyszłam szybko i schowałam się za ścianę,
słyszałam jak idzie Edward, a Bella swoimi małymi kroczkami próbuje go dogonić.
Odwrócił się do Belli.
- Czego chcesz? – spytał wyniośle.
Skuliła się z powrotem nieznacznie przez jego wrogość. Jej oczy stały się
zadziwione jego zachowaniem.
- Obiecałeś mi wszystko wyjaśnić – powiedziała półgłosem.
- Uratowałem ci życie. Starczy.- dla mnie był stanowczo za surowy, to tylko mała dziewczynka.
- Obiecałeś. – wyszeptała.
- Bello, uderzyłaś się w głowę, pleciesz jakieś bzdury.- zdenerwowała się, spojżał
jej głęboko w oczy.
Zrobił jeszcze bardziej nieprzyjemną minę.
- Z moja głową jest wszystko w porządku.- upierała się.
- Co chcesz ode mnie wyciągnąć?!- powiedział nieprzyjemnie.
- Chce poznać prawdę. Chcę wiedzieć, dlaczego kazałeś mi kłamać
- A co według ciebie się niby wydarzyło?- burknął.
Zaczęła wyrzucać z siebie potoki słów.
- Wiem tylko, że wcale nie stałeś tak blisko. Tyler też cię nie widział, więc
nie mów, że uderzyłam się w głowę i miałam omamy. A potem van pędził prosto
na nas, ale mimo to nas nie staranował, a twoje dłonie zostawiły w jego boku wgniecenia.
W tym drugim aucie też zresztą zrobiłeś wgniecenie. I nic ci się me
stało. A potem van mógł zwalić się na moje nogi, ale go podniosłeś...- nagle zacisnęła zęby a jej oczy zaszkliły się od łez.
Edward patrzył się na nią szyderczo, ale tylko to mógł zrobić.
- Uważasz, że podniosłem vana? – spytał z sarkazmem.
Skinęła w milczeniu głową.
- Przecież wiesz, że nikt ci nie uwierzy.- nie powinien tego mówić.
Dziewczyna starała się kontrolować swój gniew. Gdy odpowiadała każde jej
słowo było niezwykle przemyślane.
- Nie zamierzam tego rozgłaszać.- nawet jak mówiła prawdę to nie mogliśmy ryzykować.
- Wiec po co to wszystko? – starał, się brzmieć surowo, ale nie wychodziło mu to.
- Dla mnie samej. – wyjaśniła. - Nie lubię kłamać, a skoro muszę, wolałabym poznać powód.
-Nie możesz mi po prostu podziękować i zapomnieć o sprawie?
- Dziękuje. – powiedziała czekając na wyjaśnienia.
- Nie masz zamiaru sobie odpuścić, prawda?
- Nie.
- W takim razie mam nadzieję, że lubisz rozczarowania.- odparł bezdusznie.
Zaczerwieniła się i wysyczała przez zęby.
- Po co w ogóle się fatygowałeś? – to było najgłupsze pytanie jakie w życiu słyszałam.
- Nie wiem.- a to była najgłupsza odpowiedź.
Dziewczyna posmutniała i odeszła. Wyszłam z ukrycia i zaczęłam bić brawa.
-Piękna pokazówka.- powiedziałam do Edwarda.
-Musiałem to zrobić.- odparł.
-Wiem, ale mogłeś zrobić to trochę łagodniej.
-A co miałem jej odrazu powiedzieć prawdę?- spytał przez zaciśnięte zęby.
-No fakt. I co teraz zrobisz?- spytałam.
-Wracam na lekcje.- powiedział i odszedł.
Ja nie miałam zamiaru tam wracać, chciałam jak najszybciej iść do domu, ale nie
do mojego małego domku tylko do dużego, białego domu Cullen' ów.
Wyszłam ze szpitala i zkierowałam się do lasu, bo przypomniałam sobie, że zostawiłam
samochód na środku ulicy. Nagle usłyszałam za sobą głos Carlisle' a.
-Elenore, czekaj!- krzyknął.
-Co się stało?- spytałam.
-Gdzie teraz idziesz?- powiedział.
-Muszę znaleść samochód i jadę do waszego domu.
-Nie wracasz na lekcje?- spytał.
-Jestem bardzo zmęczona i cholernie się boję.- to prawda trzęsłam się jak osika.
Gdyby Bella komuś o nas powiedziała Volturi przyszli by tu i zabili Cullen' ow i Jaspera.
-Nie ma czym, wątpie by Bella powiedziała komuś o nas.- był tego taki pewien.
Kiwnęłam głową i zrobiłam coś nie spodziewanego, przytuliłam Carlisle' a.
On odwzajemnił uścisk i się uśmiechnął.
-Jedź do domu, ja za nie długo też będę.- kiwnęłam głową.
Odwróciłam się i w stronę lasu i zaczęłam biec.
Znalazłam mój samochód, stał sobie nie tknęty. Wsiadłam do niego i nie ruszyłam
od razu musiałam trochę odczekać, aż wszystkie emocje spłyną po mnie, musiałam się wyciszyć.
Zamknęłam oczy i oparłam głowę o siedzenie. Nienawidzę się denerwować,
a zwłaszcza błedami popełnionymi przez kogoś innego.
Ruszyłam wreszcie i dojechałam na miejsce. Wyszłam z auta i zobaczyłam jak Esme
wygląda przez okno. Serce mi się ściskało na myśl, że mogłaby stać się jej krzywda.
Weszłam do środka, a Esme stanęła napszeciwko mnie.
-A ty nie w szkole?- zdziwiło mnie te pytanie.
-Jestem wykończona, wracam ze szpitala zapewne wiesz co się stało?- spytałam.
Esme kiwnęła głową.
-Alice do mnie dzwoniła i wszystko mi powedziała.- odparła.
-No tak.
-Może jesteś głodna?- spytała mnie.
W sumie umierałam z głodu, ale teraz miałam inne zmartwienia.
-Nie, nie jeste.- powiedziałam sucho.
Weszłam głębiej do środka i usiadłam na kanapie. Zkryłam twarz dłońmi i cicho łkałam.
Słyszałam jak Esme do mnie podchodzi.
-Rozumiem, że potwornie się denerwujesz.- rzekła.
Spojżałam na nią miną, przestyraszonej, małej dziewczynki.
-Jak cholera.- powiedziałam.
Usiadła koło mnie, a ja położyłam głowę na jej kolana.
-To normalne.- odparła.
-Boję się, że Bella się domyśli, bo wygląda na taką co nie daje spokoju sprawie.
-Możliwe, ale zanim coś postanowimy musimy porozmamiać o tym w
gronie rodziny.- mówiła o naszych żadkich spodkaniach w jadalni.
-A co będzie potem.- Esme to była jedyna osoba, której mogłam się wyżalić.
Głaskała mnie lekko po głowie.
-A potem zrobimy to co wszyscy postanowimy.- powiedziała.
-Kocham cię.- nie kłamałam, naprawdę ją pokochałam, była namiastką Sashy, mojej
zamordowanej, wampirzej matki.
Esme zrobiła zdziwioną minę, ale szybko potem się usmiechnęła i odpowiedziała mi.
-Ja ciebie też, kochanie.- było mi tak dobrze, że powieki same mi się zamknęły
i zasnęłam nie przejmując się narazie całą tą sprawą...