sobota, 5 listopada 2011

STIEG LARSSON 'MILLENNIUM'

Trylogia Millennium??
No tak o tym chciałam napisać, okey ujmę to w ten sposób to jest zajebiste!!!
Czytałam wiele kryminałów, bo mam do nich słabość, ale trylogia Millennium to najlepszy kryminał jaki w życiu czytałam.. Zazwyczaj w kryminałach jest tak, że czytelnicy sami rozwiązują zagadkę przed wyjawieniem jej na końcu książki i dlatego jak już ją odgadną to się im nudzi, ale w Millennium tak nie ma, sama byłam zdziwiona, że nie rozwiązałam zagatki. Oczywiście główny bohater nie zajmuje się tylko sprawą nie zabrknie równiesz pikanterii w postaci szczegółów dotyczących pożycia seksualnego głównego bohatera, w filmie jest tego jeszcze więcej:) Dobra, bo się podniecicie..
Polecam tę książkę. I tyle..
Stieg Larsson (1954 - 2004 ) - znany szwedzki dziennikarz. Przez wiele lat pracował jako konsultant i wybitny specjalista od ruchów antydemokratychnych i skrajnie pracowitych organizacji. Nie doczekał spektakularnego i światowego sukcesu swoich powieści, gdyż zmarł na atak serca w 2004 roku, tuż przed ukazaniem się pierwszej części trylogii kryminalnej Millennium.
 

Trylogia Millennium:


 
Doskonały pomysł na prezent! "Mężczyźni, którzy nienawidzą kobiet ", "Dziewczyna, która igrała z ogniem", "Zamek z piasku, który runął". Bestsellerowe powieści kryminalne, wywodzące się z najlepszej szwedzkiej tradycji fikcji i literatury kryminalnej: świetnie napisane, z trzymającą w napięciu fabułą i fascynującymi postaciami. Wyjątkowe zjawisko na światowym rynku literackim! Te książki można czytać na wielu płaszczyznach: jak kryminały pełne mrocznych i nierzadko politycznych tajemnic, jak doskonałe, wielowątkowe powieści współczesne, pełne prawdziwych zdarzeń i osób, i w końcu jak thriller psychologiczny. Wciągające i jedyne w swoim rodzaju.


Dziennikarz i wydawca magazynu "Millennium" Mikael Blomkvist ma przyjrzeć się starej sprawie kryminalnej sprzed czterdziestu lat, kiedy zniknęła bez śladu Harriet Vanger. Do pomocy dostaje Lisbeth Salander, młodą, intrygującą outsiderkę i genialną researcherkę. Blomkvist i Salander tworzą niezwykły team. Wspólnie szybko wpadają na trop mrocznej i krwawej historii rodzinnej.
To doskonały, pełen pasji thriller, w którym tajemnica trzyma czytelnika w napięciu aż do samego końca. Po książki Larssona - uważane przez krytyków i innych pisarzy kryminałów za wydawniczą sensację - na całym świeciesięgnęło już prawie 9 mln czytelników! Autor ma fantastyczną zdolność jednoczesnego prowadzenia wielu skomplikowanych wątków, które błyskotliwie wiąże ze sobą. Zdaniem nie tylko The Times - "w książce świetne jest wszystko - bohater, fabuła, atmosfera".





 
W kolejnej, po "Mężczyznach, którzy nienawidzą kobiet ", części trylogii Millennium główną bohaterką jest Lisbeth Salander. Seria dramatycznych wypadków wywołuje u Lisbeth wspomnienia mrocznej przeszłości, z którą raz na zawsze postanawia się rozprawić. Dwoje dziennikarzy, Dag i Mia, docierają do niezwykłych informacji na temat rozległej siatki przemycającej z Europy Wschodniej do Szwecji ludzi wykorzystywanych w branży seksualnej. Wiele zamieszanych w to osób piastuje odpowiedzialne funkcje w społeczeństwie. Kiedy Dag i Mia zostają brutalnie zamordowani, a podejrzenia zostają skierowane na Lisbeth Salander, Blomkvist postanawia przeprowadzić własne śledztwo. Wkrótce odkrywa związek między morderstwami i sprawą przemytu. Straszliwego Zalę, którego nazwisko wciąż pojawia się w trakcie śledztwa, łączy też coś z niejaką Lisbeth Salander...




Trzecia i ostatnia część serii Millennium zaczyna się w miejscu, w którym kończy się Dziewczyna, która igrała z ogniem. Lisbeth Salander przeżywa próbę pogrzebania jej żywcem. Ale jej kłopoty na tym się nie kończą.
Mikael Blomkvist sięga w skrywaną przeszłość Salander i rusza w pogoń za prawdą. Pisze ważny tekst, który ma oczyścić nazwisko Lisbeth Salander i wywołać trzęsienie ziemi w rządzie, służbach bezpieczeństwa i całym kraju. Lisbeth Salander w końcu ma szansę pogodzić się z własną przeszłością.
Ostatnia część trylogii Stiega Larssona to najwyższej klasy thriller polityczny! 


 Zachęcam równiesz to obejżenia filmów na podstawie tych trzech powieści. Filmy są równie dobre co książki, ale wpierw lepiej przeczytać książkę:)

piątek, 4 listopada 2011

CZYŚCICIEL...

Dzisiaj napiszę trochę o zajebistej książce pod tytułem "Czyściciel". 
Kupiłam ją przedwczoraj i tak mi się spodobała, że przeczytałam ją w kilka (naście) godzin:)
Ma 334 strony i ma miękką okładkę.. Autorem tego cudownego thriller'a jest Paul Cleave...


 Morderca poszukuje mordercy. Nieprawdopodobne? A jednak! Joe nie wyróżnia się z tłumu. Wiedzie spokojne, wręcz monotonne życie: dwa razy dziennie karmi złotą rybkę, raz w tygodniu odwiedza matkę i pracuje. Jest wzorowym, choć może nie najbystrzejszym pracownikiem, sprzątaczem w komendzie policji. I robi coś jeszcze – zabija kobiety, metodycznie i zgodnie z planem, sześć, jedną po drugiej. Policja nazywa go nieuchwytnym seryjnym mordercą, Nożownikiem z Christchurch. Kiedy na jaw wychodzi siódme zabójstwo, Joe wpada w szał. Wie, że tym razem ma wspólnika. Ktoś uzurpuje sobie prawo do bycia nim, ktoś podszywa się pod niego! Wstrząśnięty i oburzony bezczelnością śmiałka rozpoczyna własne, jakże ryzykowne śledztwo.


 Polecam ją osobą, które lubią dresczyk emocji..

niedziela, 30 października 2011

7 Ona

Ten dzień zapowiadał się fajnie, nie padał deszcz i było dosyć sucho, jak na
tak wilgotne miasteczko w stanie Waszynkton. Noc za to była potworna, miałam
 koszmary z powodu poprzedniego dnia, śniło mi się moje dawne życie to było
straszne, ale nie będę się tym przejmować. Nareszcie normalnie zamieszkałam w
swoim domku, ale trochę barkuje mi Jaspera, bo to on mnie najlepiej usypiał.
Edward zaczął dziwnie się zachowywać, chodzi w nocy do tej Belli, a ona nawet
 nie wie, że tam jest, jak wraca do domu to mówi, że ją obserwuje, a to ja
zaczęłam obserwować go, chodzi do niej i gapi się na nią jak by w szkole nie
mógł, kiedy przyłapał mnie, że go śledziłam powiedział, że lubi patrzeć jak
Isabella śpi, jakiś chory zboczeniec, pewnie w szkole też będzie wciąż o niej myślał.
 To chore zakochał się w człowieku, w nikim w takiej zwykłej osobie jak
 Isabella Swan tylko dlatego, bo jej krew tak ładnie pachnie, a przez to chciał
ją zabić i to dla niego jest takie romantyczne. Zakochał się w nikim, a odrzócił
bardzo wyjątkową osobę, którą jest Tanya. Bardzo jestem ciekawa jak
zareaguje Tanya gdy dowie się o Edwardzie zabujczo zakochanym w ludzkiej
dziewczynie. Ciekawe też czy Edward zdaje sobie z tego sprawe, że Bella jest
człowiekiem, a on sam jest wampirem, nie może z nią uprawiać seksu, ani nawet
namiętnie się całować, bez wyżądzenia jej krzywdy, to naprawdę chore, może
 chce przy niej poczuć się jak człowiek, a kto go rozumie pewnie nawet sam
Bóg nie da rady go rozgryść, ale ja dam radę, bo jestem najlepsza. Edward
naprawdę mnie denerwuje, nienawidzę go. Esme i Carlisle zawsze dziwli się dlaczego
od kiedy się do nich sprowadziłam to darłam koty z Edwardem przeciesz Edward
to takie dobre dziecko. Edwarda denerwuje to, że zachowuję się jak księżniczka
i że wszystko mi wolno, a Carlisle si ę mnie słucha, a to dlatego, że obiecał
Aro zajmować się mną jak najlepiej i dobrze mu to wychodzi.
Wszyscy myślą, że nielubię tagże Emmetta, ale prawda jest taka,
 że poprostu nie wypada mi lubić osób, które mnie obrażają.
Emmett drażni się ze mną tak dla zabawy i zapewne mnie lubi tak
 jak ja lubię jego tylko, że ja bym się do tego nigdy nie przyznała
prawdopodobnie Emmett też. Bardzo lubię ludzi z poczuciem humoru,
a Emmett ma go bardzo dużo, ze wszystkiego potrafi sobie jaja robić.
Wiedziałam, że Cullen' owie szykują się już do wyjścia chociaż mamy
jescze trzy godziny.Przewróciłam się na plecy i patrzyłam na sufit, a
raczej na ciemno-zielony baldachim przyczepiony do mojego łorza.
Szkoła, ostatnie miejsce, do którego chciałabym teraz iść, no poza granicą
ustawioną z wilkołakami. No tak granica, to było bardzo dawno, nie było mnie
przy tym, bo przecież ja nie poluję, ale Carlisle mi wszystko opowiedział,
Jasper i Alice jeszcze wtedy do nas nie doszli. Było to wieczorem Cullen' owie
wybrali się do lasu na polowanie, kiedy zapolowali znaleźli ich wilkołaki.
Zobaczyli, że wampiry nie chcą walczyć więc uzgodnili między sobą pakt,
Cullen' owie mieli nie przekraczać granicy, nie polwać na terenie wilkołaków 
i przedewszystkim nie zabijać ludzi na terenie miasta, jak złamią przepisy to ich zabiją, oczywiście wilki też coś obiecały, obiecały, że b ędą przekraczali granicę tylko w
szczególnych wypadkach i dlatego nie możemy przekraczać granicy.
Musiałam zacząć się szykować do szkoły, bo jak Jasper po mnie przyjdzie o
muszę być już gotowa. Usiadłam i przez chwilę patrzyłam się w przestrzeń, w końcu wstałam, zmęczona z łórzka, i poczłapałam do kuchni, bo byłam strasznie głodna,
a lodówka bardzo przyciągała mnie do siebie. Otworzyłam ją i wyciągnęłam
michę lazani, która zrobiłam wczoraj w nocy, bo nie mogłam spać.
Pochłonęłam ją za jedyn zamachem i od razu zrobiło mi się lepiej.
Usiadłam na sofie i włączyłam telewizor, ustawiłam na program z
wiadomościami CNN, czas dowiedzieć się jakie nudy panują na tym głupim świecie.
Jak zwykle to samo, wojna w Iraku, wypadek samochodowy na dużej
autostradzie, pokój w Iranie, wkółko to samo, nie mogliby puścić czekoś
ciekawszego. Wyłączyłam telewizję i poszłam się umyć. Łazienka to
było moje ulubione miejsce, zaraz po kuchni. Miałam wannę i przysznic,
ale wybrałam wannę, bo mam trochę więcej czasu.
Dźwięk lecącej wody mnie uspokajał, napełniłam wannę
gorącą wodą, aż zaparowały wszystkie sześć luster znajdujących się w łazience,
Rosalie wie, że uwielbiam lustra, a ona projektowała łazienkę. Rozabrałam się do naga i wrzóciłam jedwabną koszulę do kosza na brudy. Zamoczyłam się w gorącej
wodzie, oparłam głowę o brzeg wanny i zamknęłam oczy.
Ciepło, które było w wodzie doprowadzało do tego, że zrobiło mi się
błogo i śpiąco więc otworzyłam oczy i nalałem olejku z lawendy, żebym
była spokojna w szkole. Mogłam tak leżeć bez końca, ale przypomniało
mi się, że za nie całą godzinę przyjdzie po mnie Jasper. Wpadłam na pewien pomysł, wyciągnęłam rękę z ciepłej wody i sięgnęłam po telefon. Zadzwoniłam
do Jaspera i powiedziam, że chociaż jeden raz chciałabym jechać sama do szkoły, z niesłychanym spokojem i bez żadnych kłótni zgodził się, ale powiedział, że to jeden jedyny raz, a jutro znowu po mnie przyjdzie, chociaż słyszałam, że Carlisle wyraźnie powiedział, że woli by mieli mnie na widoku.
Nareszcie, może Jasper uznał, że dam sobie radę w każdym wypadku,
a to przecież tylko samodzielny dojazd do szkoły, przecież jestem bardzo
dobrym kierowcą!Domyśliłam się dlaczego Carlisle, chce by mieli mnie na widoku, oczywiście dlatego, że w okolicy są intruzi, ale w najgorszym wypadku ci "intruzi"
omineli by mnie i zostawili w spokoju, a wtedy to by stała mi się krzywda
i naprwdę byłabym zła.Miałam jeszcze trochę czas, ale uznałam, że przyjadę
wcześniej i pokażę Jasper' owi, że nie popełnił błędu. Wyszłam z ciepłej wody,
która była bardzo przyjazna dla mojej zmarzniętej skóry, owinęłam się
czerwonym ręcznikiem, wilgotne włosy zwisały mi bezradnie na nagich ramionach.
Poszłam do mojej wielkiej garderoby, ale nie zauważyłam progu i z
całej uderzyłam się w moją lewą nogę, zaczęło mnie potwornie boleć.
-Cholera!!! Czemu akurat ta noga?!- zaczęłam krzyczeć.
Chciałam jak najszybciej iść do Carlisle' a po dawkę morfiny,
 ale ostatnią dawkę dostałam wczoraj, a nie można tego przyjmować tak często,
bo może być źle. Począłgałam się do sypialni   i wturlałam się pod łóżko.
Jak nie mogłam dostać morfiny to przecież mogłam brać jakieś zastępcze środki,
o których wie tylko ja i właśnie dlatego trzymam to pod łóżkiem.
Sięgnęłam ręką i wyjęłam butelkę bardzo silnego alkocholu, który uśmiesza
ból mojej nogi prawie tak dobrze jak morfina. Apsynt jest zabroniony w
USA więc muszę go sprowadzać, aż z Rumunii od moich ztworzycieli,
których znam tylko ja. Napiłam się jednego dużego łyka i położyłam się na łóżku.
Kiedy zrobiło mi się trochę lepiej poszłam znowu do garderoby i ostrożnie minęłam
próg, nawet nie dotykając go nogami tylko bardziej przeskakując go.
Postanowiłam ubarć się w prześwitującą, sienitką bluzeczkę w kolorze ogona
pawia, srebrną marynarkę i tego samego koloru spodnie, buty były czarne
i bardzo pasowały do mojego ubioru. Zdjęłam ręcznik i rzuciłam do kosza.
Ubrałam to co miałam ubrać i zabrałam się do mycia zębów, żeby nikt nie
wyczuł ode mnie alkocholu, a zwłaszcza Jasper. Zrobiłam sobie ekstrewagancki
makijasz,  uczesałam jasne włosy i je wyprostowałam.
Pozwoliłam sobie przed wyjściem wypachić się moimi
ulubionymi perfumami o zapachu truskawek, chociaż i tak ja sama
zawsze pachnę nimi. Niektóre wampiry mają jakąś swóją własną woń,
naprzykład Jasper pachnie lawendą, ale to zależy od tego jaki dar posiadasz.
Lawenda uspakaja działa na emocje człowieka, tak jak Jasper.
Nie wiem dlaczego akurat pachnę jak truskawka, może dlatego,
że mam tak dużo darów. Edward pachnie niewiadomym zapachem,
a Alice lodową bryzą.Wzięłam swoją torbę i wyszłam z domu najszybciej
jak tylko mogłam.Popędziłam do garażu, weszłam do mojego Lamborgini
i włączyłam silnik. Odjechałam z podjazdu i ruszyłam przez las.
Minęło trochę czasu nim wjechałam na główną drogę. Jechałam sama, bez
nikogo kto by mnie o co kolwiek pytał, lub mnie denerwował, była taka cisza.
Na drodze jechało sporo samochodów, pewnie ludzie spieszyli się do pracy
lub tak jak ja do szkoły. Dojechałam na miejsce, wszyscy patrzyli się na mój
samochód, nareszcie znowu byłam w centrum uwagi. Zaparkowałam obok
samochodu Edwarda i wyszłam ze środka, Cullen' owie czekali na mnie.
Kiedy wyszłam napotkałam wzrok piątki rodzeństwa.
Uśmiechnęłam się od ucha do ucha. Każdy kto koło nas przechodził,
patrzył na moje auto, byłam w niebo wzięta, Edward to zauważył.
-Chyba podoba ci się to jak wszyscy patrzą na ciebie, a raczej na twój wóz.- powiedział i się
zaśmiał. Zezłościł mnie, nie można mu żartować ze mnie!
Odwrócił się i napotkał wzrok Belli, która stała jakieś cztery auta dalej,
szybko jednak się od niego odwróciła, jakie to dziecinne.
-Chyba podoba ci się to jak Isabella Swan się na ciebie patrzy.- odpłaciłam
mu ripostą, już nie było mu do śmiechu, ale mnie bardzo się to podobało.
Nagle nawiedziła mnie wizja, był w niej nie przyjemny pisk opon,
granatowy van Tyler' a Crowley' a i zmasakrowane ciało Isabelli Swan.
Ocknęłam się, chciałam powiedzieć co przed chwilą widziałam, ale w tej
samej chwili Alice miała te samą przerażającą wizję.
Edward zesztywniał. Usłyszałam dziki pisk opon i zobaczyłam jak
Bella obraca się i wpatruje się w auto, które pędzi prosto na nią,
odwraca wzrok na Edwarda, a ten patrzy się na nią z przerażeniem
w oczach, odwraca się znów w stronę samochodu. Niektórzy uczniowie
zaczęli krzyczeć. Nagle Edward wyskoczył jak z procy i uratował Bellę
przytrzymując vana własnym ramieniem. Stałam w jednym miejscu z
rozdziwioną buzią, wydarzenia kierowały moimi emocjami, najpierw
był strach, później ciekawość, ale szybko zastąpiła ją złość.
Dlaczego to zrobił?! Jak on mógł to zrobić?! Czy on wogóle wie co zrobił?!- krzyczałam w sobie. Spojżałam się na Jaspera, on tylko zrobił złą minę. Cała nasza piątka
 patrzyła się na te całe zamieszanie i stała w miejscu. Wszyscy byliśmy źli
na Edwarda. Postanowiłam powiedzieć mu to. Ruszyłam się z miejsca i
podbiegłam do Edwarda, ten patrzył się tylko na Bellę i na to co z nią robią.
Włożyli jej idiotyczny kaftan i połóżyli na noszach, pewnie teraz chciałaby
zapaść się pod ziemię ze wstydu. Podeszłam do Edwarda i trąciłam go w ramię.
-Elenore, o co ci chodzi?- spytał jak by nie wiedział.
-Czy ty udajesz takiego głupka czy naprawdę nim jesteś? Nie wiesz co
się stało, przed chwilą pokonałeś własnym ramieniem vana o dwa razy
większego od ciebie, a co jest jeszcze w tym dziwnego?-mówiłam zciszonym
głosem. Edward nie chciał ze mną gadać, ale nie zamierzałam dać mu spkoju.
-Dziwne jest jeszcze to, że stałeś o cztery auta dalej od tej dziewczyny,
nie miałeś szans na przebiegnęcie w tak szybkim tępie takiej odległości ona
się domyśli i wszyscy poczujemy skutki twojego głupiego zachowania.
Jeśli tylko ta twoja panna coś komuś powie to jak to wyjaśnimy?
Dowiedz ą się kim naprawdę jesteśmy.- byłam zarzenowana tym jego
podejściem do całej sparwy, dla niego liczyło się tylko to,
że udało się uratować dziewczynę.
-Powiemy, że Bella podczas wypadku udeżyła się w głowę
i plecie głupoty.- odpowiedział mi wreszcie.
-I to jest dla ciebie rozwiązanie?- spytałam.
-Nie wiem co teraz o tym mam myśleć.- powiedział.
-Ale ja wiem, jeśli ona cokolwiek powie komuś to będziemy zmuszeni ją zabić.
-Do tego nie dopuszczę! Muszę iść.- kszyknął i wszedł do karetki.
Zapewne jechał do szpitala gdzie pracował Carlisle, to znaczyło, że też musiałam tam jechać.
Pobiegłam szybko do mojego auta i ruszyłam. Na drodze panował korek.
Karetka jechała na sygnale i do tego w eskorcie wozu policyjnego, a
więc wszyscy ją przepuszczali. Karetka była daleko ode mnie, więc
musiałam działać na własną rękę. Wysiadłam ze swojego auta i poszłam w las.
Rzuciłam się w szybki bieg, słyszałam odgłosy syren, które wydobywały się z karetki.
Syrena ucichła, a ja stenęłam. Byłam na miejscu. Wynieśli jedne nosze, na których
znajdował się Tyler, a za nimi drugie z Bellą. Zaraz za nimi wyszedł Edward,
wszyscy ruszyli do drzwi wejsćiowych, a ja za nimi, ale nie chciałam, żeby
Edward wiedział, że idę za nim, postanowiłam go śledzić. Edward odłączył się
od grupy zapewne zmierzał do gabinetu Carlisle' a. Miałam rację, kiedy Edward
wszedł do Carlisle' a ja stanęłam podsłuchiwałam przez lekko uchylone drzwi.
Musiałam wniknąć do umysłu Edwarda, bo zapewne Carlisle bedzie
przekazywał mu słowa poprzez myśli.
- Carlisle.- powiedział Edward.
-Edwardzie… Nie zrobiłeś tego…- Carlisle' owi chdziło o to, że zabił Bellę,
 wcześniej przeprowadzili rozmowę na temat jak się powstrzymywać
i Edward powiedział Carlisle 'owi, że najch ętniej wyssałby
krew z Belli, bo ona tak go kusi.
- Nie o to chodzi.
Wziął głęboki oddech.
-Oczywiście, że nie. Przepraszam, że tak pomyślałem. Twoje oczy…
Oczywiście, powinienem wiedzieć...- powiedział Carlisle.
- Ona jest ranna Carlisle, prawdopodobnie to nic takiego, ale…- chodziło mu o Bellę.
- Co się stało?- spytał Carlisle.
- Głupi wypadek samochodowy. Była w złym miejscu, w złym czasie. Ale nie
mogłem tam tak stać i pozwolić jej zginąć
-Zacznij od początku. Nic nie rozumiem…Jaki jest w tym twój udział?
- Van wpadł w poślizg na lodzie.Ona stała mu na drodze. Alice widziała to
w swojej wizji, jednak nie było czasu, by zrobić cokolwiek innego
niż pobiec i odepchnąć ją. Nikt nic nie zauważył... poza nią.
Musiałem ponownie zatrzymać vana, jednak znowu nikt
tego nie widział, z wyjątkiem niej. Ja... Przepraszam Carlisle.
Nie chciałem narazić nas na niebezpieczeństwo.
Carlisle położył mu rękę na ramieniu.
- Postąpiłeś słusznie. Wiem, że to nie było dla ciebie łatwe. Jestem z ciebie dumny.- co?!
Myślałam, że to Carlisle będzie na niego zły, że go ochszani, a on jest... z niego dumny,
jest dumny z kogoś kto nas wydał, to przez Edwarda możliwe,
że znowu będziemy się przeprowadzać, nienawidzę Edwarda.
Spojżeli sobie w oczy.
- Ona wie, że jest ze mną... coś nie tak.- powiedział zdegustowany Edward.
- To nie ma znaczenia. Jeśli będziemy musieli wyjechać, wyjedziemy. Czy, coś już
powiedziała?- Carlisle był taki spokojny.
Edward zaprzeczył ruchem głowy.
- Do tej pory, jeszcze nic.
-Jeszcze . . . ?- spytał Carlisle.
- Zgodziła się potwierdzić moją wersję wydarzeń, jednak oczekuje wyjaśnień.- nie powiedziała jeszcze, ale niedługo powie.
Zmarszczył brwi, myśląc nad tym co Edward powiedział.
- Uderzyła się w głowę… Uderzyła nią naprawdę mocno o ziemię. Wydaje się
być cała. Jednak… Ona chyba naprawdę wiele oczekuje, w zamian za milczenie.
Elenore powiedziała, że jak coś powie to będą zmuszeni ją zabić.- mówił Edward z
desperacją w głosie.
-Być może nie będzie to konieczne. Zobaczymy co się wydarzy… Wydaje mi
się, że mam pacjenta do zbadania.- pwiedział spokojnie Carlisle.
- Proszę. – powiedział błagalnie. – Tak bardzo się martwię, że ją
skrzywdziłem.
Twarz Carlisle rozpromieniła się, gdy pogładził swoje piękne, jasne włosy.
Zaśmiał się pocieszająco.
-To był dla Ciebie interesujący dzień, prawda?- powiedział z ironią.
Carlisle sobie żartował, żartwał z wcale mało śmiesznej sytuacji.
To było naprawdę dziwne, normalnie to Edward by sobie jaja z tego robił,
a Carlisle był by bardzo zdenerwowany, a teraz tak jagby role się odwróciły o 180 stopni.
Carlisle wyszedł i mnie zobaczył. Właśnie o to mi chodziło, chciałam go zjechać za to,
że jest po stronie Edwarda, ale miał taką przyjemną twarz, że nie mogłam tego zrobić.
-Elenore, co ty tutaj robisz?- spytał się mnie.
-Chciałam zobaczeć czy Bella coś powie, to doświadczenie z Edwardem jako superbohaterem było bardzo niebespieczne.- przekazałam mu w myślach.
-Masz rację, ale nie wińmy go za to, taki odruch ma się już
wszczepiony, pomyśl, że gdyby nie uratował Belli byłaby duża kałuża krwi,
a Jasper zapewne by tego nie wytrzymał, być może zabiłby kilku ludzi,
jak myślisz jak by się z tym później czuł?- spytał.
-No tak nie pomyślałam o tym.-uśmiechnęłam się- No idź już pacjętka czeka.- też się uśmiechnął, a ja weszłam do jego gabinetu gdzie znajdował się Edward.
-Nie ładnie podsłuchiwać.- powiedział Edward.
-Ja zawsze robię nie ładne rzeczy.- zaśmiał się.
-No dobra, dowal mi, krzycz na mnie, zrób to co musisz i daj mi już spokój.- powiedział.
Podeszłam doniego i spojżałam mu w oczy.
-Dobrze, że ją uratowałeś, chociaż to było cholernie niebespieczne.- szczęka mu opadła.
-Krótka rozmowa z Carlisle' em cię przekonała?- spytał.
-Tak.- powiedziałam krótko.
-Jesteś dziwna.- normalka.
-Tak, wiem.- i wyszłam. Edward dołączył do mnie.
Staneliśmy pod ścianą i przyglądaliśmy się pracy pielęgniarek.
Edward skupił się na zdjęciu rendgenowskim Belli. Odetchnął z ulgą,
że dziewczynie nic się nie stało, ja natomiast jeszcze bardziej się zdenerwowałam.
Gdyby dziewczyna miała uraz głowy i zaczęła mówić nie stworzone rzeczy o nas i o
tym jak Edward ją uratował to moglibyśmy powiedzieć, że ma chorą głowę, a tak to
wszystko jest z nią dobrze.
Carlisle nas przyłapał.
-Lepiej wyglądasz. – powiedział do Edwarda.
-Jest absolutnie w porządku. Dobra robota, Edwardzie. Za to ty Elenore
wyglądasz na zmartwioną.- orzekł do mnie.
-Poprostu boję się, że Bella nas zdemaskuje.- przekazałam Carlisle' owi.
-Ah tak, nie przejmuj się tym, wszystko będzie dobrze, a teraz muszę się z nią zobaczeć.- jego głos był pełen optynizmu, ale wiedziałam, że denerwuje się przed spodkaniem z Bellą.
- Myślę, że powinienem z nią porozmawiać, zanim cię zobaczy. – szepną Edward. – Będę się zachowywał całkiem normalnie. Jakoś załagodzę sprawę. - Carlisle kiwną głową z roztargnieniem, cały czas oglądając zdjęcia.
-Dobry pomysł. Hmm- powiedział Carlisle z aprobatą. Napewno trochę mu ulżyło.
Spojrzeliśmy na niego, aby zobaczyć co przykuło jego uwagę.
-Spójrzcie na te wyleczone stłuczenia! Ile razy jej matka ją upuściła?- Carlisle
zaśmiał się sam do sobie.
- Zacząłem przypuszczać, że pech nigdy jej nie opuszcza. Zawsze w złym
miejscu w złym czasie.- powiedział Edward.
-Forks nie jest dla niej odpowiednim miejscem, gdy ty jesteś w pobliżu.
-Ale jest jeszcze bardziej niebespiecznie kiedy my wszyscy jesteśmy w pobliżu.-orzekłam, a  Carlisle kiwną głową. Edward cofnął się.
-Idź śmiało, dotrę do ciebie niebawem. Elenore możesz podejść?- powiedział Carlisle.
Edward odszedł szybkim krokiem, z wyraźnym poczuciem winy. Podeszłam do Carlisle' a.
Lekarze zaczęli się na mnie patrzeć, bo weszłam nie mając takiego prawa, ale nie
chcieli się kłócić wiedzieli, że jestem jedną z adoptowanych dzieci doktora Cullena.
-O co chodzi, Carlisle?- spytałam.
-Nie będziesz wyrzywać się na Edwardzie z powodu jego wybryku?- spytał.
-Hmm jeszcze nie wiem.- zrobiłam złą minę.
-Proszę cię, Nell, on bardzo dużo przeszedł, naprawdę nie chciał nas narazić.- powiedział cicho. Uśmiechnęłam się.
-Nie będę się na nim wyrzywała, ale za Rosalie nie ręczę i zawsze będę po jej stronie.- odparłam.
-Dobre chociaż i to.- odwzajemnił uśmiech.
-Powinieneś dołączyć do Edwarda, a ja... pójdę z tobą.
-Oczywiście, to chodź.- Wyszliśmy z sali i poszliśmy do urazówki.
Weszliśmy do sali i napodkaliśmy wzrok Edwarda i Belli.
Patrszyła to na mnie, to na Carlisle' a to na Edwarda, zapewne zauważyła
podobieństwo między naszą trójką, a to już coś.
- A zatem, panno Swan, jak się czujemy? – spytał Carlisle. Mówił bardzo
spokojnie, ciepłym głosem, który uspokajał większość pacjentów.
- Dobrze – odparła.
Carlisle podszedł do podświetlonej tablicy wiszącej nad jej łóżkiem, włączył
ją i przyjrzał się rentgenowi.
- Wygląda ładnie - stwierdził. - Głowa cię nie boli? Edward mówił, że
naprawdę mocno się uderzyłaś. Bella spojżała się na mnie, a ja się uśmiechnęłam,
zazwyczaj tego nie robiłam, ale jak mamy zatuszować podejżenia dziewczyny to złością
niczego nie załatwimy.
- Nic mi nie jest. – westchnęła zmęczona. Rzuciła Edwardowi wrogie spojrzenie.
Carlisle dotykał jej głowy. Był najlepszym lekarzem na świecie, jakiego dotychczas znałam, a wampira lekarza znam tylko jednego czyli Carlisle' a. Nie dekoncentrowała
go krew, ani nic, był najlepszy w swoim fahu nikt nie mógł temu zaprzeczyć.
Dziewczyna skrzywiła się, a Edward zmienił pozycję.
- Boli?- spytał Carlisle
Jej podbródek lekko drgnął.
- Nie za bardzo. Bywało gorzej.
To było dziecinne, nie mogła poprostu powiedzieć, że ją boli tylko
udaje, że wszystko jest okej, a tak naprawdę pewnie cierpi. Chyba nie lubi okazywać
swoich słabości. Edward się uśmiechnął, Bella rzuciła mu kolejne, pełne gniewu spojrzenie.
- No cóż, twój ojciec czeka na zewnątrz, może cię zabrać do domu. Ale wróć, jeśli będziesz miała zawroty głowy albo jakieś kłopoty ze wzrokiem.- orzekł Carlisle.
- Nie mogę wrócić na lekcje?
- Chyba powinnaś sobie dzisiaj odpuścić.- stwierdził Carlisle.
Ponownie, lustrowała Edwarda spojrzeniem.
- A on wraca do szkoły?
- Ktoś musi zanieść im dobrą nowinę. Żyjemy. – powiedział Edward
- W rzeczy samej. – poparł go Carlisle. – Większość uczniów czeka, na
zewnątrz.- dziewczyna skrzywiła się.
- O, nie! – jęknęła chowając twarz w dłoniach.
- Chcesz zostać? – spytał Carlisle.
- Nie, nie! – zaprotestowała szybko, wyskakując pospiesznie z łóżka. Zatoczyła się i wpadła w ramiona Carlisle'a. Przytrzymał ją i pomógł złapać równowagę.
Edward zrobił minę pełną grymasu.
- Nic mi nie jest. – powtórzyła, zanim ktokolwiek inny zdążył się odezwać.
- Weź Tylenol, jakby mocno bolało - doradził.
- Nie jest tak źle –zapewniła z przekonaniem.
Carlisle uśmiechnął się gdy wypisywał jej kartę.
- Wszystko wskazuje na to, że miałaś wielkie szczęście – powiedział z sympatią,
patrząc to na mnie to na Edwarda, wtedy zzrobiło mi się nie dobrze, czekałam,
aż Bella coś powie w rodzaju:
"Widziałam jak Edward biegnie z szybkością nadświetlną!" Lub:
"To on, Edward podnióśł vana i mnie uratował!" - ale ona powiedziała tylko:
- Miałam szczęście, że Edward stał tuż obok. – stwierdziła z niechęcią, a ja odetchnęłam z ulgą.
- Ach, no tak – zgodził się szybko dość mocno ironizują.
-Dla ciebie wszystko -pomyślał Carlisle , przekazując myśl Edwardowi-. Dasz sobie radę.
- Dziękuje ci. – wyszeptał cicho Edward. Z pewnością, żaden człowiek, nie był w
stanie tego usłyszeć.
-Nie powiedziała.- odparłam cicho. Edward i Carlisle pokiwali wolno głowami.
Następnie Carlisle zwrócił się do Tylera:
- Obawiam się, że jeśli o ciebie chodzi, będziesz musiał zabawić u nas nieco
dłużej.
Edward podszedł do Belli.
- Możemy pogadać? – szepnęła do Edwarda.
- Ojciec na ciebie czeka – wycedził przez zęby.
Edward spojżał na mnie.
-Naważyłeś piwa, więc teraz je musisz wypić.-pomyślałam. Edward się skrzywił.
Odwrócił wzrok i zerknął na Carlisle'a. Carlisle obserwował, nie postrzeżenie, każdy jego ruch.
-Ostrożnie Edwardzie.- odparł Carlisle.
- Chciałabym rozmówić się z tobą na osobności, jeśli nie masz nic przeciwko – dziewczyna upierała się półgłosem. Edward kiwną głową. Wyszłam szybko i schowałam się za ścianę,
słyszałam jak idzie Edward, a Bella swoimi małymi kroczkami próbuje go dogonić.
Odwrócił się do Belli.
- Czego chcesz? – spytał wyniośle.
Skuliła się z powrotem nieznacznie przez jego wrogość. Jej oczy stały się
zadziwione jego zachowaniem.
- Obiecałeś mi wszystko wyjaśnić – powiedziała półgłosem.
- Uratowałem ci życie. Starczy.- dla mnie był stanowczo za surowy, to tylko mała dziewczynka.
- Obiecałeś. – wyszeptała.
- Bello, uderzyłaś się w głowę, pleciesz jakieś bzdury.- zdenerwowała się, spojżał
jej głęboko w oczy.
Zrobił jeszcze bardziej nieprzyjemną minę.
- Z moja głową jest wszystko w porządku.- upierała się.
- Co chcesz ode mnie wyciągnąć?!- powiedział nieprzyjemnie.
- Chce poznać prawdę. Chcę wiedzieć, dlaczego kazałeś mi kłamać
- A co według ciebie się niby wydarzyło?- burknął.
Zaczęła wyrzucać z siebie potoki słów.
- Wiem tylko, że wcale nie stałeś tak blisko. Tyler też cię nie widział, więc
nie mów, że uderzyłam się w głowę i miałam omamy. A potem van pędził prosto
na nas, ale mimo to nas nie staranował, a twoje dłonie zostawiły w jego boku wgniecenia.
W tym drugim aucie też zresztą zrobiłeś wgniecenie. I nic ci się me
stało. A potem van mógł zwalić się na moje nogi, ale go podniosłeś...- nagle zacisnęła zęby a jej oczy zaszkliły się od łez.
Edward patrzył się na nią szyderczo, ale tylko to mógł zrobić.
- Uważasz, że podniosłem vana? – spytał z sarkazmem.
Skinęła w milczeniu głową.
- Przecież wiesz, że nikt ci nie uwierzy.- nie powinien tego mówić.
Dziewczyna starała się kontrolować swój gniew. Gdy odpowiadała każde jej
słowo było niezwykle przemyślane.
- Nie zamierzam tego rozgłaszać.- nawet jak mówiła prawdę to nie mogliśmy ryzykować.
- Wiec po co to wszystko? – starał, się brzmieć surowo, ale nie wychodziło mu to.
- Dla mnie samej. – wyjaśniła. - Nie lubię kłamać, a skoro muszę, wolałabym poznać powód.
-Nie możesz mi po prostu podziękować i zapomnieć o sprawie?
- Dziękuje. – powiedziała czekając na wyjaśnienia.
- Nie masz zamiaru sobie odpuścić, prawda?
- Nie.
- W takim razie mam nadzieję, że lubisz rozczarowania.- odparł bezdusznie.
Zaczerwieniła się i wysyczała przez zęby.
- Po co w ogóle się fatygowałeś? – to było najgłupsze pytanie jakie w życiu słyszałam.
- Nie wiem.- a to była najgłupsza odpowiedź.
Dziewczyna posmutniała i odeszła. Wyszłam z ukrycia i zaczęłam bić brawa.
-Piękna pokazówka.- powiedziałam do Edwarda.
-Musiałem to zrobić.- odparł.
-Wiem, ale mogłeś zrobić to trochę łagodniej.
-A co miałem jej odrazu powiedzieć prawdę?- spytał przez zaciśnięte zęby.
-No fakt. I co teraz zrobisz?- spytałam.
-Wracam na lekcje.- powiedział i odszedł.
Ja nie miałam zamiaru tam wracać, chciałam jak najszybciej iść do domu, ale nie
do mojego małego domku tylko do dużego, białego domu Cullen' ów.
Wyszłam ze szpitala i zkierowałam się do lasu, bo przypomniałam sobie, że zostawiłam
samochód na środku ulicy. Nagle usłyszałam za sobą głos Carlisle' a.
-Elenore, czekaj!- krzyknął.
-Co się stało?- spytałam.
-Gdzie teraz idziesz?- powiedział.
-Muszę znaleść samochód i jadę do waszego domu.
-Nie wracasz na lekcje?- spytał.
-Jestem bardzo zmęczona i cholernie się boję.- to prawda trzęsłam się jak osika.
Gdyby Bella komuś o nas powiedziała Volturi przyszli by tu i zabili Cullen' ow i Jaspera.
-Nie ma czym, wątpie by Bella powiedziała komuś o nas.- był tego taki pewien.
Kiwnęłam głową i zrobiłam coś nie spodziewanego, przytuliłam Carlisle' a.
On odwzajemnił uścisk i się uśmiechnął.
-Jedź do domu, ja za nie długo też będę.- kiwnęłam głową.
Odwróciłam się i w stronę lasu i zaczęłam biec.
Znalazłam mój samochód, stał sobie nie tknęty. Wsiadłam do niego i nie ruszyłam
od razu musiałam trochę odczekać, aż wszystkie emocje spłyną po mnie, musiałam się wyciszyć.
Zamknęłam oczy i oparłam głowę o siedzenie. Nienawidzę się denerwować,
a zwłaszcza błedami popełnionymi przez kogoś innego.
Ruszyłam wreszcie i dojechałam na miejsce. Wyszłam z auta i zobaczyłam jak Esme
wygląda przez okno. Serce mi się ściskało na myśl, że mogłaby stać się jej krzywda.
Weszłam do środka, a Esme stanęła napszeciwko mnie.
-A ty nie w szkole?- zdziwiło mnie te pytanie.
-Jestem wykończona, wracam ze szpitala zapewne wiesz co się stało?- spytałam.
Esme kiwnęła głową.
-Alice do mnie dzwoniła i wszystko mi powedziała.- odparła.
-No tak.
-Może jesteś głodna?- spytała mnie.
W sumie umierałam z głodu, ale teraz miałam inne zmartwienia.
-Nie, nie jeste.- powiedziałam sucho.
Weszłam głębiej do środka i usiadłam na kanapie. Zkryłam twarz dłońmi i cicho łkałam.
Słyszałam jak Esme do mnie podchodzi.
-Rozumiem, że potwornie się denerwujesz.- rzekła.
Spojżałam na nią miną, przestyraszonej, małej dziewczynki.
-Jak cholera.- powiedziałam.
Usiadła koło mnie, a ja położyłam głowę na jej kolana.
-To normalne.- odparła.
-Boję się, że Bella się domyśli, bo wygląda na taką co nie daje spokoju sprawie.
-Możliwe, ale zanim coś postanowimy musimy porozmamiać o tym w
gronie rodziny.- mówiła o naszych żadkich spodkaniach w jadalni.
-A co będzie potem.- Esme to była jedyna osoba, której mogłam się wyżalić.
Głaskała mnie lekko po głowie.
-A potem zrobimy to co wszyscy postanowimy.- powiedziała.
-Kocham cię.- nie kłamałam, naprawdę ją pokochałam, była namiastką Sashy, mojej
zamordowanej, wampirzej matki.
Esme zrobiła zdziwioną minę, ale szybko potem się usmiechnęła i odpowiedziała mi.
-Ja ciebie też, kochanie.- było mi tak dobrze, że powieki same mi się zamknęły
i zasnęłam nie przejmując się narazie całą tą sprawą...

czwartek, 25 sierpnia 2011

6 Zwierzenia
Minęło półtorej tygodnia, od kiedy wróciłam od Tanyi.
Kiedy Carlisle odwiózł Eleazara po tygodniu wrócił z Edwardem.
Opwiedziałam Carlisle 'owi o moim dziwnym śnie, obiecał, że zbada
dlaczego był taki nie wyraźny. Miałam wizję. Przyjdą obcy, czyli wampiry,
którzy żywią się krwią ludzi. Nie mam nic przeciwko zabijania ludzi,
ale mieszkając tak długo pod jednym dachem z wampirami "wegetarianinami"
wzbudziło we mnie wstręt przed ludzką krwią, chociaż jako niezniszczalna,
(tak nazywają wampiry takiej rasy jak ja), nigdy nie próbowałam krwi ludzi.
Tak więc przyjdą obcy. Nie miałam zamiaru mówić o tym mojej rodzinie.
Po pierwsze:
Nie chce mi się o tym mówić.
Po drugie:
Alice za lada chwilę będzię miała te samą wizję,
a po trzecie: Ja znam tych obcych i to bardzo dobrze.
To moi starzy znajomi: James, Victoria i Laurent,
trójka najbliższych mi nomadów na świecie.
Jamesa poznałam kiedy uciekłam w drodzę do domu Carlisle 'a,
pokonałam pięćdziesięciu strażników i ta historia rozbawiła Jamesa.
W ten sposób pozwolił mi się do siebię przyłączyć.
Wędrowaliśmy tak razem kilkadzieśiąt ładnych lat, byliśmy dla siebie jak rodzieństwo,
jak ja i Jasper, dla Jamesa zrobiłabym wszystko.
James to wampir tropiciel, ma dar tropienia, wytropi każdego,
a jak się uprze na jakiegoś człowieka to potrafi go tropić do puki go nie zabije.
Tak jak kiedyś znalazł sobie taką dziewczynę, która pachniała tak apetycznie,
że nawet ja miałam na nią chrapkę, ale teraz chętnie zamieniłabym
ją na dużą paczkę doritos. A więc James tak się na nią uparł, że czekał pod szpitalem,
w którym ta kobieta się znajdowała, dnie i noce. Kiedy nie miał sił
i poszedł zapolować, jakiś wampir pracujący wtedy w szpitalu,
wykradł dziewczynę ze szpitala i zmienił ją w wampira.
James był tak zły, że zabił tego wampira, a że dziewczyna była dopiero
po zmianie zostawił ją w spokoju, ale też dlatego, że to ja mu kazałam i Victoria.
A Victoria, James znalazł Victorię, bardzo mu się spodobała i zmienił ją w wampira,
od tamtego czasu są razem. Victoria ma dar chowania się i uciekania,
czyli żaden tropiciel nie może jej wytropić, ani nic,
to chyba najbespiecznejszy dar jaki w życiu spodkałam, dobrze, że też mam ten dar.
Ostatni dołączył do nas Laurent. Miał już ponad 200 lat,
teraz ma chyba ze 300 lat.
Kiedy przyłączył się do nas Laurent, było tak dziwnie,
James miał Victroię to i Laurent zapragnął mnie.
Tak długo i wpływowo mnie nagabywał, że w końcu
mu uległam, że nawet go polubiłam, ale tylko polubiłam, nawet
sam fakt, że go całowałam nie znaczył, że go kochałam, to znaczy
kochałam go, ale nie tak jak on by chciał, zawsze chciałam być
wierna tylko Felix 'owi. Kiedy dowiedziałam się, że Volturi mnie ścigają
i są już prawie u celu, bałam się, że James stanie w mojej obronie i zaatakuje
Volturi, więc postanowiłam odejść od tej wspaniałej trójki.
Laurent chciał iść ze mną, ale powiedziałam mu, że z Jamesem będzię
bezpieczniejszy, zgodził się, a ja odeszłam.
Nie cały miesiąc później poznałam Jaspera. 

-Gotowa jesteś, do szkoły, mała? -spytał Jasper wchodząc do sypialni.
-Mogę dzisiaj nie iść do szkoły, czemu niby mam tam chodzić?- spytałam
-Każdy młody człowiek musi się krztałcić.- on zawsze znajdzie
jakieś wytłumaczenie, ale ja też.
-Jak nie zauważyłeś to ci powiem, ja nie jestem młoda mam 1091 lat,
do diaska, a krztałcić też się nie muszę, bo zapewne wiem więcej niż
wszyscy nauczyciele zebrani razem!- krzyknęłam, usłyszałam z dołu basowy śmiech,
nie musiałam się zastanawiać do kogo należy,
Emmett musiał mieć każdego ranka niezły ubaw.
-Wiem o tym mała, ale tutaj w mieście postrzegają cię jako osiemnastolatkę,
która ma nie dokońca zdrowy umysł.- kolejny śmiech z dołu, mniej szans na to,
że zostanę i nie pójdę do szkoły. Jasper mógłby być dobrym prawnikiem.
-Tak naprawdę mam 19 lat.- orzekłam.
-To też wiem, ale przez twój wygląd nawet na osiemnastolatkę nie
wyglądasz.- powiedział.
-To przez mój wzrost i twarzyczkę dziewczynki, zawsze mi to powtarzasz,
ale przecież małe jeste piękne.- powiedziałam.
-Nikt nie mówi, że jesteś brzydka.- Emmett znowu zarżył.
-Stul mordę, Emmett!- krzyknęłam. Nie zamierzałam się kłócić z Jasperem,
ostatnio nawet nie używa na mnie swojego daru, wie, że tylko jego się słucham.
Zeszłam z łóżka. Jasper się uśmiechnął.
-Gdybyś nie był sobą dokopałabym tobie.- powiedziałam stanowczo,
z miną obrażonego dziecka. Emmett buchnął gromkim śmiechem,
a Jasper się zaśmiał i wyszedł.
-Nie zapomnij, że jak się naszykujesz to Carlisle wstrzykuje
ci kolejną dawkę morfiny.- oznajmił  Jasper, przez drzwi.
Morfina, to jedyne lekarstwo co uśmiesza ból mojej nogi, lekarstwo
biorę w zastrzykach, chociaż cholernie boli ukłócie, to później jest o wiele lepiej.
Niestety muszę brać to co tydzień, bo gdybym brała to co dzień
lub chociaż co dwa dni, to ludzie w szpitalu pomyślieliby jeszcze, że Carlisle się narkotyzuje.
Poszłam do łazienki, wzięłam przysznic, ubrałam fioletowe rajstopy,
kraciasto-zieloną spódniczkę, biały podkoszlek, długi i szeroki sweter,
który zakrywał kródką spódniczkę. Zrobiłam z moich włosów misternego koczka
i włorzyłam w nie spinki z perłami.
Zeszłam na dół, zjadłam michę płatków i poszłam umyć zęby.
Poźniej się umalowałam, skorzystałam z toalety, wzięłam torbę i zbiegłam na dół.
Carlisle już na mnie czekał, był przygotowany.
Usiadłam na stole wyciągnęłam nogę na stole, Carlisle przebił cieniutką
igłę przez rajstopy. Strasznie bolało, chciałam krzyczeć, ale się
powstrzymałam, bo wiem, że Carlisle by się zdenerwował
i by siebie obwiniał, że coś źle zrobił.
Jasper sterował moimi uczuciami tak aby mniej mnie bolało,
trochę to pomogło, ale on zbyt się denerwował więc tak dobrze mu nie szło.
Kiedy Carlisle wyjął już igłę, dotknęłam miejsca gdzie wbił mi ją
i krew przestała lecieć, kochałam ten dar.
Dojechaliśmy na miejsce.
Wyszliśmy z samochodu, było cholernie zimno, na dodatek padał śnieg i wiał wiatr.
Na domiar złego czekaliśmy na dworze, bo Emmett i Edward chcieli się porzucać śnieżkami. Dzisiaj Edward miał przeprosić te nową Isabellę Swan,
za swoje zachowanie, pewnie jak ją przeprosi to ona straci dla niego głowę
i zakocha się na zabój, tak jak każda nauczycielka, do której odezwie się Edward.
-Napewno tak nie będzie.- odezwał się Edward, chowając się przed Emmettem.
-Tak, napewno.- zaczął się śmiać i ruszył ze śniżką na Emmetta.
Nagle poczułam, że ktoś uderzył mnie zimną śnieżką.
Nie musiałam odwracać się, by dowiedzieć kto to zrobił.
-Emmett, do cholery! Ty kretynie, jeszcze raz tak zrobisz to
oderwę ci łeb, rozumiesz debilu?!- zaczęłam krzyczeń.
Naszczęście odwróciło tylko dwóch chłopaków, ale szybko odwrócili wzrok.
To nie było nic nadzwyczajnego, rodzeństwo, które się kłóci, normalka,
to znaczy wszystko było by normalne,
gdyby te rodzeństwo nie było wampirami.
-Oczywiście, księżniczko, jak sobie życzsz.- zaczął się śmiać.
Miałam go dosyć, za niedługo miał być dzwonek.
Podeszłam do Rose, która stała daleko od Emmetta i Edwarda,
bo bała się, że chłopaki popsują jej fryzurę, też mogłam tak zrobić.
-Choćmy już do klasy, bo niedługo będzie dzwonek.- powedziałam do Rosalie.
-Dobrze. Tylko zaczekaj.- odpowiedziała mi, podeszła do Emmetta
i go przytuliła. Ja zrobiłam tak samo z Jasperem.
Poszłyśmy do klasy, miałyśmy teraz WOS, chętnie zerwałabym się z tej lekcji.
Kiedy weszłyśmy do sali, uczniowie biegali i krzyczeli po klasie jak małpy,
chociaż nie byłam pewna czy nimi nie są.
Na sekundę wszstkie spojżenia powendrowały w naszą stronę,
pewnie już o tym pisałam, ale napiszę jescze raz, uwielbiam ta,
uwielbiam być w centrum uwagi, nawet na sekundę, w Volterze, kiedy
tylko przeszłam obok jakiegoś strażnika, ten stawał na baczność,
kocham to i tak za tym tęsknie, ale wiem, że wróce do domu, kiedy
Aro pozbyje się wszystkich "dzieci księżyca", mam nadzieję,
że to nie będzię długo trwać i tak mieszkam u Carlisle 'a za długo. Zasiadłyśmy,
z Rose na swoich miejscach.
-Wiesz, że dowiedziałam się, dalaczego jestem taka niska?- oznajmiłam Rose.
-Zawsze byłam tego ciekawa, no dawaj.- powiedziła.
-Dawno, dawno temu ludzie byli niscy.- orzekłam.
-Tylko to?- spytała.
-Tak. Kiedyś ludzie nie byli tacy wysocy jak dzisiaj.
No taki Aro, jest takim samym liliputem jak ja, niższym od Marka i Kajusza,
ale trochę wyższym ode mnie. Mój ojciec też był mały, matka chyba też.
Albo Carlisle, też nie należy do wysokich, a ja żyję już te swoje 1091 lat,
więc mam prawo być taka malutka.- uśmiechnęłam się.
-Aha, a skąd wież, kiedy się urodziłaś, przecież ludzie w tamtych odległych
czasach nie używali kalendarzy, bo to za dużo roboty z tym liczeniem i wogóle.- spytała.
-Aro.- tylko to powiedziałam.
-Słucham?
-No Aro zapisał sobie kiedy się urodziłam, bo na rodzeństwo czekał
od dawna, no wież gdyby był starszy to wcale by się tak nie cieszył,
ale kiedy się urodziłam miał 10 lat i bardzo chciał mieć barta, ale urodziłam się ja,
młodsza siostra to przecież przekleństwo dla chłopców.
Naszczęście pokochał mnie nad życie i przysiągł, że będzie mi oddany do końca życia.
Wznowił tę przysięge zaraz po zmianie w wampira,
czyli z początkiem swojego nowego życia.
-Jakie to piękne, mogłabym słuchać o twoim życiu, non stop.
Twoje życie jest takie ciekawe, nie kłamię, ciebie nigdy bym nie okłamała.
Szkoda, że skrywasz swoją historię w sobie, z nikim się nią nie dzielisz, a powinnaś.
Zawsze wszystko w sobie dusisz, jak ja tego nie lubię, ja jestem bardzo szczerą osobą
i zawsze mówie to co mam na języku, czemu nie pochwalisz się swoim życiem? - kurde naprawdę była tego ciekawa.
-A czym mam się niby chwalić? Pewnie tym, że zostałam tylko
wypędzona z kraju, przez brata mojego ojaca, bo oskarżono mnie o to,
że zabiłam własnego ojca, a potem poraniłam nożem jego brata,
że niby on go bronił, a tak naprawdę sam go zamordował, bo chciał zostać królem,
i nim został, a miał nim zostać Aro, on był prawowitym władcą,
a jeszcze uznono, że jestem opentana, spalono wszystko co się ze mna wiązało,
obrazy, na których widniałam, mój pokój, wszystkie moje rzeczy,
tylko niektóre się ostały, bo Aro ukrył trochę moich rzeczy,
tylko on wiedział, że nie byłam opentana. A resztę można sobie dopowiedzieć.- ulżyło.
-Współczuję, ale naprawdę masz ciekawę życie.- nadal trzymała na swoim.
-Niech ci będzie. -zadzwonił dzwonek na lekcję- Nie chcę się z tobą kłócić.- uśmiechnęłam się do niej. Przyszedł nauczyciel, małpy się uspokoiły,
ale zaczęło się gadanie i nudy.
Kiedy jeden koszmar się zkończył, zaczął się drugi,
miałam teraz angielski z . . .Emmettem.
Na moje nieszczęście zaciągnął mnie do klasy przed dzwonkiem.
Usiadliśmy w swojej ławce.
-Czemu ty jesteś taka dziwna?- spytał z nienacka Emmett.
-Słucham?- nigdy nie zadał mi tego pytania wprost.
-Słyszałaś pytanie, więc odpowiedz.- przekroczył granicę.
-Jak śmiesz mi rozkazywać?!- zdenerwował mnie.
-Jak ty szybko traciż panowanie nad sobą.- zaśmiał się.
-Zamknij mordę!- krzyknęłam.
-Zachowujesz się jak księżniczka. -powiedział.
-Ale ja jestem...-nie dokończyłam, odwróciłam się od niego, z założonymi rękami.
-Miałam trudne dzieciństwo. -oznajmiłam od niechcenia.
-Jak trudne?- spytał Emmett.
-Bardzo, trudne i dziwne. Po tym jak wypędzono mnie z kraju, po uznaniu, że jestem nawiedzona, załamałam się. Aro przed moim opuszczeniem królestwa,
powiedział, bym nigdy nie wieżyła w to co mi powiedzieli.
Na początku wiedziałam, że oskarżenia, na temat, że jestem opentana,
ale po tym, jak obudziły się we mnie różne dary, uznałam, że jednak jest coś w tym.
Bałam się sama siebie. Kiedy skończyłam 19 lat, byłam w rumuni i tam zostałam zmieniona w wampira. Moi stwórcy zmienili mnie przez przypadek. Ucieszyli się, że taka im się udałam.
Byli jednymi ze strażników pradawnych szczepanów rumuńskich wampirów,
którzy rządzili wtedy światem wampirów.Rok po mojej zmianie,
Volturi napadli na nich odbierając im władzę siłą, piętnaście wieków temu,
z tej bitwi przetrwali tylko moi stwórcy, bo kazałam im uciakać.
Kiedy przeszukiwali pałac, czy aby napewno wybili wszystkich,
Aro odnalazł mnie, i zabrał ze sobą.
To Aro wezbrał we mnie taką silną potrzebę władzy i uzania wobec wszystkich,
nauczył mnie arogancji, niewzruszenia na czyjiś ból. Przysiągł, że kiedy umrze,
to ja zajmę jego miejsce, i zawsze powtarzał, że jestem najlepsza i bym zawsze tak myślała, jeszcze abym zawsze na pierwszym miejscu stawiała zasady, bespieczeństwo i jego.
Teraz wiesz dlaczego jestem taka dziwna?- to było dziwne.
-Chyba?- tylko to udało mu się wykrztusić. Uśmiechnęłam się.
Przyszedł nauczyciel nawet nie zauważyłam jak zadzwonił dzwonek.
-To mnie już nie męcz.- rozkazłam.
-Aha.- odwrócił wzrok.
-Na dzisiaj mieliście przygotować się do pytania
z pradawnych Włoch.- oznajmił nauczyciel.
Oczy mi się zaświeciły, lepiej być nie mogło, nikt nie wiedział więcej
o Włoszech niż ja.
Nauczyciel spojżał w swoje papiery. -To jak nazywał się pierwszy król, z rodu Marrizanów?- spytał. Odruchowo podniosłam ręke. Nauczyciel rozejżał się po klasie,
musiał mnie spytać, bo nikt inny się nie zgłosił.
-Panna Cullen.- nareszcie.
-Beverand Amerigo Carmine Louis Michelangelo Marrizano.- powedziałam szczęśliwa. Nauczyciel spojżał w swoje notatki i kiwnął głową.
-Dobrze. No to kto powie jakie nosił imię drugi król z rodu Marrizanów.- bułka z masłem. Zgłosiłam się.
-Czy tylko pani Cullen się przygotowała?
Wyraźnie prosiłem o to wczoraj. To mów.- powiedział do mnie.
Uśmiechnęłam się.
-Michelangelo Gennaro Marcello Amerigo Marrizano.- orzekłam dźwięcznie.
-Aha. To jak nazywał się trzeci król, to już jest prostrze pytanie.- znowu podniosłam ręke.
-Tylko panna Cullen, a inni? No dobrze, proszę.- powiedział i wskazał na mnie.
Emmett nie wytrzymywał, myślałam, że zaraz wybuchnie śmiechem,
ale nie mógł, bo był w szkole, biedaczek, a dobrze mu tak.
-Dulli Beverand Cesare Gaspare Marrizano.- gdyby Emmett był człowiekiem miał by już czerwone policzki od przytrzymowanego śmiechu.
-Wspaniale. To jak nazywał się czwarty król? A nie będę pytał od razu
powiem, proszę, Elenore Cullen, pochwal się swoją wiedzą o wszystkim co wież.- nawet nie podniosłam ręki.
-Czwarty król Włoch, nazywał się, Giuseppe Ralfaele Aro Ignazio Beverand Marrizano,
jego żoną była Francesca Luca Palma Anabet CeCylia Santino Trafficante.
 Po dwunastu latach małżeństwa i starania się o syna, w 884 roku,
urodził im się syn Aro Louis Beverand Ruggiero Marrizano.
Królowa Francesca, miała bardzo trudny poród, ale dziecku nic się nie stało,
królowa nałapała wiele różnych chorób, związane to było z brakiem odporności,
po ciężkim porodzie. Nie było możliwości by urodziła po raz drugi, ale jednak
cuda się zdażają, i dziesięć lat po narodzinach pierwszego dziecka, w 894 roku
urodziła raz drugi, tym razem córkę.
Niestety królowa umarła zaraz po porodzie, lecz udało jej, przed śmiercią nazwać,
córkę, Eleonora Anabet Carmine CeCylia Giuseppe Florence Francesca Marrizano,
książe Aro, bardzo pokochał swoją siostrę, jak nikt w świecie. W roku 909,
król zwołał zgromadzenie, w którym uczetniczyła tylko najbliższa rodzina.
Jego pierworodny miał dwadzieściapięć lat, a córka lat piętnaście,
w obradzie brał udział jeszcze młodszy brat króla, Antonio Enzo Fredrico Casare Marrizano.
W tym ważnym dniu, król miał zdecydować kto zasiądzie na jego tronie,
powiedział tylko takie słowa:
"Zdecydujcie sami." 
Po tych słowach Eleonora upadła na ziemię i zaczęła krzyczeć,
a w pokoju zapanował bałagan. Woda wlewała się drzwiami i oknami,
ściany zaczęły się palić, z wody zrobiło się błoto, a do tego wypchane było powietrzem,
to był okropny widok. Kiedy księżniczka się uspokoiła, zabrali ją do jej sypialni.
Podobne wydażenia, zdażały się księżniczce prawie co dziennie,
zaczęła widzieć przyszłość, czytać w myślach, przekazywać myśli innym
i co widać było na tamtym zgromadzeniu - władała czterema żywiołami,
co bardzo zmieszały jej szanse na zamąż pójście, nawet jej piękna twarz, z nieskazitelną cerą i niesamowicie kręcone włosy, nie pomogły by jej, ludzie myśleli, że oszalała
lub, że została nawiedzona.
Wszyscy się jej bali tylko jej brat i ojciec bronili ją przed wszystkimi.
Pewnej nocy usłyszno krzyki dochądzące z sypialni króla,
kiedy służba dotarła na miejsce, zobaczyła straszny widok.
Nieżywy, król leżał, cały we krwi, na podłodze we własnej sypialni,
obok niego, leżał jego brat, żył, ale miał rany kłóte w udach, w ręce i piersi, za nimi ,na klęczkach, siedziała księżniczka Eleonora, z nożem w rękach.
Brat, króla Antonio, rozkazał pojmać, Eleonore i zamknąć ja w lochu.
Kiedy tak zrobiono, księżniczka spędziła cztery doby w więzieniu,
jej brat Aro zrzekł się korony, więc królem został Antonio.
Nowy król postanowił, jako że Eleonora była córką króla,
nie zostanie zabita tylko wypędzona z królestwa.
Ten plan bardzo nie podobał się Aro, poszedł więc do lochów,
odwiedzić siostrę, której przyżekł miłość do puki, nie umrze.
Eleonora opowiedziała Aro co tak naprawdę się tamtej nocy zdażyło,
że to Antonio zabił ich ojca, a ona akurat przechodziła obok sypialni,
zajżała przez uchylone drzwi i zobaczyła jak jej wuj dźga jej ojca,
wyrwała więc mu nóż i zaczęła ranic Antoinia, tak aby go nie zabić,
kiedy upadł on też upadła, ale na klęczki i zaczęła się trzęść ze strachu
i wtedy przyszli inni, a Antonio powiedział, że to ona zabiła króla i chciała zabić jego.
Aro powiedział jej, by nie wieżyła w to co zaraz powie ich wuj.
Warta zabrała księżniczke na kraniec miasta.
Nowy król oznajmił iż zostaje wymierzona jej taka kara, bo zamordowała króla, i została opentana. Postawiono Eleonore przed bramami innego miasta.
Nagle nastało wielkie porusznie,
Aro krzyknął "Uciekaj najdroższa",
Eleonora odwróciła się i zboaczyła, że celują w nią ostrzami.
Na jej szczęście była bardzo mała, więc ominęła ostrza.
Uciekła i nikt jej później nie widział. Cztery lata później, Eleonora wróciła, wróciła odmieniona.
Strażnicy, chcięli unicestwić ją ostrzami, ale miecze nie przebijały
się przez jej skórę, na dodatek Eleonora odpychała ich powetrzem. 
Gdy dotarła do Antonia, złapała go za szyję i zaciągnęła go na taras
gdzie poddani mogli wszystko widzieć.
Zebrały się tłumy ludzi. Aro bardzo się ucieszył na widok siostry,
i że może ona wyda sprawiedliwy wyrok dla mordercy ich ojca.
Eleonora zaczęła krzyczeć na Antonia,
kazała mu powiedzieć kto tak naprawdę zabił, króla. Antonio przyznał się niechętnie,
że to on jest prawdziwym sprawcą, poddani zesztywnieli z niedowieżenia.
Eleonora puściła Antonia i zaczęła się cofać, idąc do tyłu.
Antonio rozkazał ją złapać, ale strażnicy nie posłuchali się go.
Eleonora stanęła i pognała wprost na Antonia, w tak szybkim tępie, że nie było jej widać. Oderwała mu głowę i rozdzieliła na pół.
Rzuciła ją w stronę poddanych, a dłonie umazane we krwi wytarła o twarz,
i zeskoczyła z pierwszego piętra, z tarasu i poszła przed siebie.
Wszyscy stanęli jak wryci.
Aro miał zostać ukonorowany, ale uciekł, zostawiając list iż poszedł szukać siostry,
bo nie wyobraża sobie życia bez niej.
Nie wiadomo co się z nim stało, ale nigdy już ich nie widziano.
Niektórzy uważali, że te słynne rodzeństwo miało romans,
ale ja uważam, że to nieprwda, po pierwsze to było rodzeństwo, więc to trochę nie stosowne po drugie porostu Aro tak kochał siostrę, że nie mógł wytrzymać rozłonki z nią
i mam nadzieje, że zanim umarł znalazł ją. - skończyłam i usiadłam.
Nauczyciel stał z otwartymi ustami tak jak wszyscy w klasie wraz z Emmettem.
-Bardzo dobrze.-dzwonek- Następnym razem chcę byście wszyscy tak się przygotowali do lekcji, a jutro będę pytał z tej lekcji i będziemy omawiać historię
Stanów Sjednoczonych, do tego musicie się przygotowować, miłego dnia, do widzenia.
Kiedy wyszliśmy z Emmettem z klasy, Emmett wybuchną śmiechem.
-Co ci jest?- spytałam.
-Teraz wiem nareszcie dlaczego jesteś taka dziwna.- trąciłam go w ramię
i się zaśmiałam.
-Wiesz nie tylko ja jestem dziwna.- powiedziałam.
-No tak jest jeszcze Alice.- przewróciłam oczami.
-Chodziło mi o ciebie, głupku.- tym razem on przewrócił oczami.
-Bardzo śmieszne, ha ha.- zaśmiał się ironicznie.
To było bardzo dziwne nigdy tak dużo nie mówiłam o swoim życiu
i niegdy nie zamierzałam tego powtarzać, to moje życie i nikt nie musi o nim wiedzieć.
Reszta dnia minęła normalnie, Edward przeprosił Belle
i był z tego powodu bardzo dumny, jak Alice miała wizję, że przyjdzie
James, Laurent i Victoria, a ja nic nie mówiłam, że ich znam, Emmett
dziwnie się zachowywał, bo do końca dnia nie drażnił mnie,
Rose siedziała poszła z Alice na zakupy, Jasper czytał książkę,
Esme sprzątała, a Carlisle był w pracy. Ja natomiast  wieczorem siedziałam
w swoim domku, na kanapie, słuchając muzyki i zajadając jogurt z cheaseburgerem.
To był bardzo dziwny dzień, nawet nie byłam nim zmęczona.
Już nie mogłam się doczekać kiedy przyjdzie James,
to za nim najbardziej tęskniłam.
Może jutro nie pójdę do szkoły, albo nie Jasper i tak mnie do niej zaciągnie,
\chociaż jestem pewna, że sam nie chce do niej chodzić,
bo wie więcej nież wszyscy nauczyciele, z całego świata.
Nie będę mówiła już nikomu nigdy mojej historii, to jest bardzo dołujące,
jak przypomnę sobie ojca, jego wyraz twarzy kiedy umierał, wuja kiedy chciał
mnie zabić, cierpienie Ara, gdy przyszłam, ale szybko zniknęłam, nie chcę tego
powtarzać, to są prywatne sprawy.
Nigdy się nikomu nie zwierzałam i nie chciałam tego robić, a zwłaszcza
przy całej klasie, za dużo zwierzeń jak na jeden dzień, powinnam
była przystopować na trzecim królu Włoszech.
Papa zawsze powtarzał mi, że jak ktoś się mnie pyta o życie to trzeba kłamać,
papa miał rację, po co dzieliłam się swoją historią na lekcji i to przy Emmecie,
postąpiłam głupio i nieodpowiedzialnie.
Tyle, że ja jestem głupia i nieodpowiedzialna.

środa, 10 sierpnia 2011

Rozdział 5 - Domek

5 Domek
-Gdzie mnie ciągniesz?- spytałam się Alice po raz setny,
gdy prowadziła mnie przez las po którym kręciłyśmy się już pare godzin,
za rękę z zakrytymi oczmi.
-Zobaczysz, to nispodzianka.- byłam ciekawa co to było,
nienawidziłam niespodzianek.
-Z okazji moich urodzin.- powiedziałam.
-Oczywiście, eh, wyduś z siebie choć trochę entuzjazmu, bardzo się nad
tym napracowaliśmy, więc chociaż udawaj, że ci się podoba.- nie lubiła jak
ktoś dużo mówił, a sama była w tym nie do pokonania.
-Dobrze, dobrze. To kiedy dotrzemy na miejsce i zdejmiesz mi te głupią
opaskę z oczu?- byłam strasznie zła gdy nie wiedziałam co się dzieje wokół mnie.
-Jesteśmy na miejscu.- orzekła i zciągnęła mi opaskę z oczu.
Przede mną stali wszyscy Carlisle, Esme , Jasper, Emmett i Rosalie,
Edwarda nie było siedział jeszcze w Alasce, pewnie Tanya była w niebo wzięta.
Wszyscy stali przed uroczym domkiem, który zapewnie wybudowali
sami dla mnie, jak by nie mogli zapłacić ludziom by go zbudowali, ale pewnie
by zajęło to sporo czasu. Byłam zachwycona, domek miał jedno piętro
i był w kolorze czystej czerwieni takiej jaką lubiłam.
Ogrodzony był przesłodkim płotkiem w kolorze czarnym.
Nie mogłam wydusić z siebie słowa, by ktoś zrobił coś takiego i to dla mnie,
dla osoby, która utrudnia im życie od kilkudziesięciu lat.
Nie wiem jak oni to zrobili, że się niedowiedziałam, pewnie kiedy wychodzili
na polowania, ale nie chciało mi się w to wnikać.
Esme zwróciła uwagę na naszyjnik, który podarowała mi go wraz z
Carlisle 'em, który najwyraźniej wysunął się zza dekoldy mojej sukienki,
uśmiechnęła się jeszcze szerzej, chociaż myslałam, że to niemożliwe.
Milczałam tak jak wszyscy, powinnam coś powiedzieć.
Alice odezwała się pierwsza.
-Podoba się?- spytała.
Postanowiłam, że wkońcu się odezwę.
-Jest niesamowity, nie wiem co powiedzieć, oh dziękuję
wam wszystkim.- tylko na to mnie
było stać.
-Ah nie ma sprawy.-powiedziała Esme.- Widzię, że spodobał ci się naszyjnik.- ups teraz nie miałam zielonego pojęcia co na to mam odpowiedzieć.
Kiwnęłam tylko głową, i spojżałam na naszyjnik.
-Chcesz zobaczyć wnętrze?- zmieniła temat Alice, byłam jej
za to barzdzo wdzęczna.
-Oczywicie.- aż krzyknęłam. Alice zaprowadziła mnie do domku.
W środku było ciemno, tylko dlatego bo dom znajdował się
w środku ciemnego lasu.
-Oto salon.- Alice pokazała tak jak by chciała mi go sprzedać.
Salon był nieduży, ale przestronny, dywan był w kolorze kremowym,
przy ścianie potawiony był stół przy którym mogłam coś zjeść,
trochę dalej widniała kanapa obita bronzową skurą, a przed nią na ścianie
wisiał duży plazmowy telewizor. Salon był połączony kuchnią z nowoczesnym
i bardzo wyszukanym wyposażeniem. Wszystko było idealne i dokończone
więc mogłam się założyć iż lodówka jest pełna.
Cały dom został wybudowany z bardzo solidnego drewna więc nie musiałam
się martwić, że zaraz sufit spadnie mi na głowę.
-Jest super.- powiedziałam.
-Ale nie widziałaś najlepszego.- wzięła mnie za rękę i zaprowadziła
na górę po drewnianych schodach w kolorze kości słoniowej.
Znalazłyśmy się w korytarzu.
-Po prawej jest toaleta, obok duża łazienka -ładnie podkreśliła
słowo "duża"-, a po prawej twoja sypialnia.
Otworzyła dzrzwi, weszłyśmy do środka.
We wnątrz było podobnie do mojej sypialni w Volterre,
myślałam, że się popłaczę, tylko łóżko miałam te same jak z ich domu,
nie wiem jakim sposobem tak szybko je przenieśli, pewnie gdy Alice
kręciła się ze mną po lesie próbując doprowadzić mnie na miejsce,
byłam ciekawa dlaczego nie biegłyśmy, ale już się domysliłm.
Obraz zprzed kilkunastu wieków wisiał na chonorowym miejscu na przeciwko łoża z baldachimem. Sypialnia była ciemna i paliły się w niej tylko świeczki.
Było mi jak w domu, pewnie Carlisle porozumiewał się z Aro.
-To przepiękne, jest bajecznie.- powiedziałam z zachwytem kiedy
już wyszłyśmy z domku.
-Bardzo nas cieszy, że ci się podoba, trochę nam zajęło wybudowanie,
ale wszystko się udało.
Przenieśliśmy tu wszystkie twoje rzeczy, -ruszali moje
rzeczy?!-, więc możesz się już ty wprowadzić, oczywiście możesz przebywać
z nami kiedy tylko zechcesz, było by nam bardzo miło.- powiedział Carlisle,
a już myślałam, że chciał mnie się tak poprostu pozbyć.
Pewnie, że będę tam ciągle przebywać, bo tam jest Jasper i Rose,
ale przede wszystkim Jasper.
-Oczywiście, ale chcę wiedzieć jeszcze jedno.- powiedziałam.
-Słucham, mów.- orzekł Carlisle.
-Dlaczego zbudowaliście ten domek?- wiedziała, że będe żałować tego pytania,
ale co mi tam.
-Chcieliśmy zrobić tobie przyjemność, bo wiemy jak bardzo
tęsknisz za swoim domem, -wiedzą, bo wciąż i wciąż to im powtarzam,
zrobiło mi się głupio,- jak coś lub ktoś cię zezłości, - Carlisle spojżał na Emmetta,
ten się uśmiechnął,- to zawsze możesz przyjść tutaj.
-To znaczy ja zostałem zmuszony do budowania tego domku,
więc nie myśl sobie, że zrobiłem to dla ciebie, zrobiłem to dla
świętego spokoju.- powiedział z dumą Emmett.
Wszyscy spojżeli na niego wilkiem.
-Gdybyś mnie nie wkórzał to byś miał święty spokój.- zaczeliśmy
się śmiać, Emmett się zawstydził, ale nie dał tego po sobie poznać.
-Dziękuję wam, to bardzo chojny gest.- podziękowałam jeszcze raz.
-Jeszcze raz nie ma sprawy.- powiedział Carlisle, podszedł do mnie
i podał klucz, zapewne od mojego domku.
-Zaraz, jeszcze jedno, kto je zrobił?- spytałam pokazując na klucz.
-Jasper.- opdpowiedziała Esme.
Westchnęłam.
-Oddaj odbitki.- powiedziałam do Jaspera i wyciągnęłam rękę w jego stronę.
-Skąd wiedziałaś?- spytał zmieszany.
-Oddaj.- powiedziałam spokojnie.
Wszyscy się na niego patrzyli, wiedziałam, że tego nienawidził.
-Eh dobrze.- schował dłoń do kieszeni i wyjął trzy odbitki mojego klucza.
Podał mi je.
-Aż trzy?- spytałam się go.
-Wolę być ostrożny.- powiedział i schylił głowę.
-To pogwałcenie prywatności, ale wybaczam ci.- niepotrafiłam być zła na niego.
Uśmiechnął się do mnie i puścił mi oko.
Też się uśmiechnęłam, żadko to robiłam, ale lubiłam to.
-Wracjmy już, Eleazar czeka na nas.- powiedział Carlisle.
-Eleazar jeszcze jest?- spytłam.
-Tak. Czeka aż wrócimy mam go zawieść, chce już jechać.- no tak nie
miał samochodu, bo przyjechaliśmy moim.
-No to choćmy.- powiedziałam.
Zaczęliśmy biec, zajęło nam to parę chwil, bo od mojego domku
mieliśmy ze dwa kilometry.
Przy domu stał Eleazar.
-Możemy już jechać, Eleazarze.- orzekł Carlisle.
-Doskonale.- opowiedział mu Eleazar.
Wszyscy weszli do domu, Carlisle poszedł po samochód,
zostaliśmy tylko ja i Eleazar.
-Mam im powiedzieć o tarczy?- spytałam się go szepcząc.
-Jak chcesz, lepiej byś im to powiedziała.- też szepczał.
-Ale znasz ich będą się jeszcze bardziej o mnie denerwować,
a Emmett się będzie ze mnie śmiał, nie chcę tego.
-Poradzisz sobie, jesteś silna jesteś jak hammer.- powiedział już normalnie,
bo Carlisle właśnie po niego podjeżdżał.
Wszedł do samochodu.
-Nie wiem dlaczego tak do mnie mówicie, ale to lubię.
Przemyślę to co powiedziałeś i miłej drogi, a i posrów wszystkich,
a zwłaszcza Irinę i przygotuj się, bo będziesz musiał wszystko opowiedzieć
Irinie począwszy od przywiezienia mnie tutaj, zakończywszy na twoim
odjeździe z tąd.- wolałam by się przygotowł przed naskokiem Iriny,
już mu współczułam.
-Oczywiście, do zobaczenia Elenore.- powiedział.
-Do zobaczenia Eleazarze, pa pa Carlisle.- porzegnałam się i ruszyli,
a ja weszłam do domu.
-I co maluszku? Wiesz myślałem, że jak będziecie z Edwardem w
jednym aucie to się pozabijacie, a tu widzę jesteś cała, chociaż bez ciebie byłoby nudno,
z kogo bym mógł żartować, bo napewno ani z mojej Rose,
ani z Jaspera, ani z Alice został mi tylko Edward, ale on tak
się nie wkurza jak ty. - powiedział do mnie Emmett.
-Maluszku?-spytałam.
-Hej nie moja wina, że jesteś taka mała, każdy ci to powie,
jesteś mniejsza nawet od Alice, a to krasnal do jasnej ciasnej.- wszyscy się
śmiali z mojego wzrostu, przecież małe jest piękne,
a ja jestem najpiękniejsza prócz Rose oczywiście, ona jest najładniejsza.
Lubiłam swój wzrost.
Nierozumiem czemu wciąż się z niego śmieją lub mówią,
że trzeba mnie wysłać do podstawówki i dlatego zaczęłam prostować włosy,
bo wyglądałam na dwanaście lat, a nie na dziewiętnaśćie, prostowałam je do tego stopnia,
że mam tak proste i nie muszę używać już prostownicy,
bardzo tęsknie za moimi lokami, gdyby Aro mnie zobaczył z tymi włosami
załamałby się to on zawsze mówił, że mam najpiękniejsza włosy na świecie
i nigdy nie widział tak naturalnych loków.
-Taka już moja uroda, ale powiem coś by ci dopiec czym jesteś niższy
tym lepszy w walce.- Aro zawsze mi to powtarzał on nigdy się nie śmiał z mojego
wzrostu, a jak ktoś się ze mnie nabijał to było już po nim.
Aro mówił wszystkim, że jak ktoś będzie się ze mnie nabijał to niech
spodziewa się najgorszgo i za to go kocham.
-A jeśli jesteś mną to pokonasz nawet takiego lilputa
jak naprzykład ty.- Emmett się nabijał,
Jasper był już zdenerwowany.
-Ty myślisz, że pokonasz mnie?- spytałam się go.
-Oczywiście, dużo trenowałem i znam już wszystkie twoje sztuczki.- szachnął się.
-A założysz się, że przegrasz?- następny zakład w tym tygodniu,
normalnie czułam się jak w siódmym niebie.
-No pewno, dwadzieścia dolarów dla zwycięscy.- zaśmiałam się.
-Tylko?- to było bardzo mało jak na niego.
-Pięćdziesiąt.- spojżałam na niego ze znaczącą miną.
-Dobra sto pięćdzieśiąt, więcej nie podniosę stwaki.- krzyknął.
-Okej wystarczy na nowe buty.- uśmiechnęłam się.
-Hej hej hej macie się natychmiast uspokoić, nie będzie tu żadnej walki!- krzyknęła Esme.
-A kto mówił, że walka odbędzie się tutaj wyjdziemy an dwór.- powiedziałam.
-Żadnej walki tutaj ani nigdzie.-powiedziała.
-Elenore mogę cię na chwilkę prosić?- spytał Jasper.
Pociągnął mnie za sobą, że nawet  nie mogłam odpowiedzieć mu.
Wyszliśmy na dwór, oddaliliśmy się o kilka metrów od domu.
-Nie będziesz z nim walczyła.- powiedział gdy staneliśmy.
-A właśnie, że będę.- skrzywiłam się.
-Dobrze jak chcesz, ale wtedy zachowsz się jak on.
-Możesz mówić jaśniej.- spytałam.
-Wasze kłótnie wszystkich wkórzają, zazwyczaj kończą się tym,
że robisz to co zaproponował ci Emmett.
-Wcale nie!- krzyknęłam
-Tak Elenore, właśnie tak postępujesz, zachowujesz się jak dziecko
czyli w tym wypadku jak Emmett, chyba nie chcesz tego?-spytał
-Pewnie, że nie.- odpowiedziałam.
-To zrób coś czego się nie spodziewa, coś na przekór sobie,
coś czego nigdy w stosunku do Emmetta byś nie zrobiła.
-Sporóbuję.- podeszłam do niego i pocałowałam go w polik.
-Grzeczna dziewczynka.- często to powtarzał
Weszłam do domu wyjęłam ze spodni sto pięćdzieśiąt dolarów
i rzuciłam je tuż przed nos Emmetta.
-O co ci chodzi?- zapytał mnie.
-Masz, wygrałeś. Poddaję się.-szkrzywiłam się jak dziecko.
-Słucham?- spytał.
-Walkover jak nie rozumiesz to sprawdź w słowniku, dobranoc, cześć.
Wybiegłam z domu i pobiegłam do swojego domku, po drodze słyszałam
głupkowaty śmiech Emmetta.
Weszłam do domu nie chciało mi się go zwiedzać dogłębnie,
zjadłam coś tylko, wzięłam szybki przysznic i poszłam spać,
musiałam opowiedzieć Carlisle 'owi o moim śnie to mnie bardziej nurtowało, bardziej o tego,
że nie mam już tarczy, od tego, że Irina zasmakowała mojej krwi,
a nawet śmiejącego się nienormalnego Emmetta, teraz potrzebowałm się tylko snu...

wtorek, 26 lipca 2011

Rozdział 4 - Dziwny sen (Sorry, że tak długo, ale nie miałam czasu:()

4 Dziwny Sen
Byłam tam ja i jeszcze dwie inne postacie, jedna postać,
to był chyba męszczyzna był bardzo wysoki i potęrzny ,
dominował nad drógą, kobietą, która leżała na ziemi cała we krwi,
bardzo apetycznie pachniała. Kobieta, leżąca na podłodze coś
powiedziała do mnie, a ja jej odpowiedziałam, nagle pojawiła się postać
trzecia, jakiś męszczyzna nieco niższy od tamtego, żucił się na wysokiego
męszczyznę, ale on go szybko od siebie odepchnął.
Wysoki męszczyzna krzyknął coś do mnie, a ja pobiegłam na niższego męszczyznę.
Ten odrzucił mnie, gdzieś odleciałam i o coś udężyłam.
Zaczęła boleć mnie noga.
Zaczęłam się czągać, w stronę męszczyzn, kobieta nagle mocno krzyknęła.
Pojawiło się więcej postaci.
Ktoś, znowu jakiś męszczyzna, do mnie podszedł i zrobił coś mi w nogę.
Mówił do mnie, a ja do niego.
Ale odbiegłam do wysokiego męszczyzny, stało koło niego dwóch innych.
Odepchnęłam ich, zasłoniłam ciałem wysokiego męszczyznę, i zaczęliśmy rozmawiać.
Jeden z męszczyzn stojących przed nami podbiegł do mnie
i nagle zaczęła mnie boleć noga, upadłam.
Ktoś krzyknął, pojawiła się następna osoba, niziutka o drobnej postawie,
zrobiła coś, dlaczego zaczęłam płakać, a póżniej  była już tylko ciemność...
Otworzyłam oczy, to tylko sen, ale był niepokojąco dziwny jak bym tam była,
ale nic niewidziała. Myślałam, że to może wizja mnie nawiedziła,
ale moje wizje zawsze były bardzo wyraźne, więc to na bank był sen.
Było tam tak niewyrażnie, tak że nic z tego nie zrozumiałam.
Przewróciłam się na prwy bok.
Na krześle przy moim biurku siedziała Irina.
-Miałaś zły sen?- spytała. Usiadłam szybko.
-Skąd wiesz?-albo siedziała tu połowę nocy, albo...
albo nie wiem te pierwsze jest bardzo prawdopodobne.
-Chciałam zobaczyć czy dobrze ci si ę śpi, ale jak weszłam strasznie się rzucałaś,
nie chciałam cię budzić, więc usiadłam i czekałam aż sama wstaniesz.- powiedziała.
-Tak miałam zły sen, ale nie wiem co oznaczał, mogłaby być to też wizja,
ale było to tak niewyraźne, że to może być tylko sen.
-A co w nim było?-opowiedziałam jej co sobie wyśniłam, a ona słuchała
uważnie i tylko kilka razy coś powiedziała.
-I to wszystko.- powiedziałam gdy skończyłam.
-To był barzdo dziwny sen, Elenore.- miała racje, nigdy nie śniłam o czymś takim.
-Tak wiem, ale teraz nie chce mi się o tym myśleć, jestem potwornie głodna.
-A kiedy ty nie jesteś głodna?- zaśmiała się.- Pogodziłaś się z faktem,
że nie masz już tarczy?- a już było tak dobrze, musiała o tym wspomnieć.
-Niestety nie. Teraz codziennie ktoś będzie mnie pilnować,
nienawidzę tego!- krzyknęłam.
-Rozumiem. Jasper dzwonił, odebrałam.
Pytał kiedy przyjedziesz.- Jasper zawsze był nadopiekuńczy wobec mnie
i Alice, ale zwłaszcza mnie.
-A która jest godzina?- spytałam.
-Dochodzi dwunasta.- odpowiedziała.
-O cholera, tak późno?!- zeskoczyłam z łóżka, pobiegłam do
łazienki, wzięłam szybki prysznic,
ubrałam się i zbiegłam na dół. Podbiegłam do lodówki, wyjęłam z niej jajka,
miałam straszną ochotęę na omleta.
Kiedy się obróciłam coś mi nie pasowało.
Dom był pusty, byłam w nim tylko ja i Irina.
-Są na polowaniu, wyszli dwie godziny temu więc
zaraz przyjdą.-powiedziała Irina, pewnie wyczytała z mojej twarzy co mi nie pasuje.
-Aha, to dobrze.- odpowiedziałam.
-Chcesz cappuccino?- spytała.
-Tak, proszę.- wiedziała czego chcę, uwielbiam cappuccino,
najbardziej te piankę na wierzchu.
Poprostu pychota.
-Jak myślisz co to było?- powiedziała cicho.
-Ale co?- czy coś mnie ominęło?!
-Ten twój sen.- więc o to jej chodziło.
-Naprawdę nie wiem, to było dziwne, głucha cisza,
wszystko takie niewyraźne, no nie wiem, naprawdę...- nigdy nic takiego mi się nie śniło,
a miewałam dużo dziwnych snów.
Mogła być to jeszcze wizja, ale odrużniłabym wizję od snu,
to było naprawdę dziwne.
-Rozumiem, proszę.- podała mi cappuccino.
Podbiegłam do stołu, postawiłam filiżankę i zdjęłam z patelni omleta.
Usiadłyśmy na kanapie obitą czarną skurą.
Pochłonęłam omleta w minutę i zajęłam się cappuccino.
Popatrzyłam na Irinę, była piękna, kródkie, jasne włosy opadały jej na twarz,
buzię miała małą i zgrabną, nos lekko odstający, a oczy... czarne, była głodna.
-A ty czemu nie jesteś na polowaniu?- spojżała na mnie.
Dokładnie wiedziałam dlaczego, przezemnie nie mogła dołączyć do rodziny,
bo musiała mnie pilnować. 
-Nie mam takiej potrzeby.- kłamała.
Odwróciła wzrok, patrzyła teraz na wyłączony telewizor.
-Ty kłamiesz i to okłamujesz mnie.
Doskonale wiem, że jesteś głodna, ale nie możesz iść,
bo musisz być ze mną, prawda?!- nie wiem dlaczego,
ale zaczęłam na nią krzyczeć.
Nienawidziłam, jak ktoś mnie okłamywał, nawet jak znałam prawdę.
-Dobrze, jestem głodna, ale nie poszłam, bo chciałam z tobą zostać,
a nie bo musiałam, Edward miał z tobą zostać.- zrobiło mi się głupio,
że tak na nią naskoczyłam.
-Biegnij.- powiedziałam do niej.
-Słucham?- odpowiedziała.
-Zapoluj. Ja tu zostanę nic mi się nie stanie, jak bym wyszła
to mogło by być groźnie.- nienawidzę siedzieć sama w domu,
ale jak ma potrzebę by zapolować to te kilka godzin nic mi nie zrobią.
-Nie zostawię cię tu samej, jak coś ci się stanie, to będzie moja wina
i sobie tego nigdy niewybaczę!- była już zdenerwowana.
Naprawde nie chciała wyjść nawet gdybym ją wyżuciłam za drzwi
to by pod nimi stała, albo gorzej, wyważyłaby je.
Nie chciałam żeby przezemnie cierpiała, a jeszcze gdy wampir jest głodny
to krew wyczuje wszędzie, nawet pod bardzo grubym kamieniem,
a w tym wypadku moją skurą. Moja krew pachnie o wiele mocniej od
krwi człowieka i jest o wiele lepsza...
Jaka ja jestem głupia!
Przecież mogę nakarmić Irinę i wtedy nie będzie musiała wychodzić z domu!
Nigdy tego nie próbowałam, więc może się się coś nie udać, ale co mi tam.
Irina wtedy będzie silniejsza to są zalety mojej krwi to dzięki niej mam taką moc...
-Napij się.- powiedziałam jak by chodziło o zwykły napój.
-Nie wyjdę z domu, rozumiesz?- powiedziała.
-To nie musisz.- odrzuciłam włosy i nachyliłam znacząco głowę
by miała dostęp do mojej szyji.
-Czyś ty oszalałaś?!- krzyknęła.
-Nie. Dobrze to przemyślałam. Nic mi nie będzie, naprawdę.
Od mojej krwi będziesz silna, silniejsza niż inne wampiry,
oczywiście tylko przez jakiś czas, ale nie silniejsza
ode mnie.- brzmiało to jak bym chciała jej coś sprzedać.
-Nie mogę tego zrobić, to cię będzie bolało.
Aż tak głodna nie jestem, naprawdę. - była strasznie głodna,
ale postępowała tak jak by moja krew była zatruta.
-Zaufaj mi. Sama wież, że nic mi nie zrobisz,
a gdyby nawet to bym to widziała.
-Ale...-coraz bardziej odpowiedała jej ta propozycja.
-Żadnego "ale". Poprostu zaufaj mi i wszystko będzie dobrze.- powiedziałam
to jak mój brat Aro kiedy kazał mi się przeprowadzić do
Carlisle' a dla mojego bezpieczeństwa, tylko on na koniec zawsze dodaje Nelly.
Irina kiwnęła głową co oznaczało, że się zgodziła.
Uśmiechnęłam się.
-Napewno nic ci nie będzie?- spytała lekko zdenerwowana.
-Napewno. A teraz się odpręż i nie wypij za dużo.- kiwnęła głową.
Uchyliłam jej szyję.
Nachyliła się nad nią, dotknęła ją lekko zębami, a potem je wbiła w moją szyję.
Wydałam z siebie lekki krzyk.
Ból trwał kródko, a po bólu zrobiło mi się błogo jak po narkotyku.
Nie myślałam wtedy o niczym, nawet o tym, że Irina mogłaby wypić ze mnie całą krew, myślałam tylko o tym, że jest mi tak przyjemnie, jak w czasie uprawiania seksu.
Ale seks jest o wiele lepszy.
Po wszystkim Irina oderwała się ode mnie, było jej dobrze podobnie do mnie.
Miała szczęśliwy wyraz twarzy, ale szybko się ocknęła
i spojżała z niepokojem na mnie.
-Wszystko w pożątku, najlepsza?- lubiłam jak tak do mnie mówiła,
byłam najlepsza, a jak ktoś to potwierdzał to bardzo mi się to podobało.
Musiała jej odpowiedzieć.
-Tak wszystko jest dobrze.- powidziałam.
Wstałam i prawie bym się przewróciła gdyby Irina mnie nie złapała.
-Napewno wszystko dobrze?- znowu spytała.
-Tak, to normalne.- głowa mnie strasznie bolała, było mi nie dobrze,
kręciło mi się w głowie i strasznie chciało mi się pić.
-Mam nadzieję, bo jeżeli ci coś zrobiłam to...- powtarzała się.
-Wszystko jest w jak najlepszym pożądku. -usidłam na kanapę i wzięłam filiżankę,
zimnego już, cappuccino. Kiedy chciałam upić łyk cała się oblałam.
-Cholera moje nowe ciuchy!- zdenerwowałam się.
-Widzę jednak, że nie wszystko jest w pożądku.- powiedziała.
-Chyba. O Jezu jak ja będę prowadzić?!- krzyknęłam.
-Ja cię zawiozę.- orzekła Irina.
-Wiesz Irina, nie obraź się, ale wolałabym pojechać z Eleazarem.- wolałam,
bo Irina by tylko się o mnie denerwowała i wciąż pytała czy wszystko jest w pożądku,
czy czegoś nie potrzebuję, ale jeszcze inne, a Eleazar mało mówi
i wogóle, a to bardzo mi odpowiada.
-Oczywiście jak wróci to mu powiem, a ty idź się przebież, bo się zdziwią jak
przyjdą, że jesteś cała w kawie.- miała rację.
Wstałam podpierając się Iriny. Poszłam powoli do pokoju lekko się chwiejąć,
ale było dużo lepiej niż kiedy wstałam po raz pierwszy.
Ubrałam czerwoną sukienkę na ramionczka, Aro zawsze mówił, że w czerwonym mi jest przecudownie, a na nią dżinsową kurteczkę.
Czułam się już dobrze, pozostali już wrócili z polowań, czyli mogłam już wracać
do Jaspera, bo nie mogłam powiedzieć, że do domu,
bo mój dom znajduje się w Volterze i bardzo za nim tęskniłam.
Zeszłam na dół. Irina przeszywała mnie wzrokiem na wskroś,
aż się jej bałam, ale wiedziałam, że to ona boi się o mnie.
-Słyszałem, że mam cię zawieść do domu, przyda się
odpoczynek naszemu hammer 'owi.- Tanya, Kate, Carmen i Eleazar
nazywali mnie hammerem ze względu na to, że jestem taka popudzona
i z jeszcze innego względu, ale nie wiem jakiego i nie zamieżam wiedzieć.
-Właśnie, że nie, bo zawieziesz mnie do Jaspera jadę do jego domu,
mój dom jest w Volterze. -wiedział jak bardzo tęskniłam za domem,
sam tam keidyś mieszkał, ale nienawidził zabijać ludzi.
-To idziesz już?- sptał.
-Oczywiście.- powiedziałam.
Pożegnałam się ze wszystkimi. Irina powtarzała mi wciąż bym na
siebie uważała, a ja jej przytakiwałam. Edward nic sobie nie robił z tego,
że wyjeżdżam poszedł do swojego pokoju i włączył telewizję.
Poszliśmy do garażu.
Weszliśmy do mojego Lamborgini i zaczeliśmy jechać.
-Cieszysz się, że wracasz?- spytał się mnie Eleazar.
-Trochę, tęsknie za Jasperem i wogólę, ale u was mam ciszę
i spokój no i nikt się ze mną nie drażni.
-Bardzo byś chciała wrócić do Volterry.- to nie było pytanie
tylko stwierdzenie.
-Nawet nie wiesz jak o tym marzę, gdy tylko Aro zabije wszystkie
"dzieci księżca" to mogłabym tam wrócić.- "Dzieci księżca" to wilkołaki,
które zamieniają się tylko kiedy księżyc wejdzie w zenit.
Polują na takich jak ja by dostać moją krew, będą silniejści i pokonają wampiry
i będą żądziły naszym światem, którym tak naprawdę żądzi Aro, Marek i Kajusz,
i oczywiście ja.
-Wiesz kiedyś bardzo chciałem się z tamtąd wyrwać, ale już dużo czasu minęło
i trochę tęsknie za tym co tam się działo.- czy on próbował powiedzieć mi,
że chce wrócić do Volterry, do mojego brata i znowu być strażnikiem?
-Nie powinieneś tak mówić. Tak naprawdę chesz zostać,
Carmen by z tobą nie poszła,
więc myśl też o niej przecież byś jej nie zostawił.- ziewnęłam,
byłam zmęczona.
-No właśnie, raczej nie powinienem rozważać tego.
Volturi to już skończona sprawa.- powiedział.
-To dobrze.- położyłam się i zasnęłam...
-Elenore, jesteśmy na miejscu.- usłyszałam głos Eleazara.
Wstałam i się rozejżałam.
Byliśmy na miejscu tak jak mówił Eleazar.
Było jasno, czyli był dzień.
Chciałam zobaczeć się już z Jasperem.
Wyszedł i otworzył przede mną drzwi.
Wyszłam z samochodu. Drzwi od domu się otwarły.
Pierwszy wyszedł Carlisle.
-Witaj Elenore i Eleazarze.- powiedział Carlisle. Dopiero teraz zobaczyłam,
że ja i Eleazar mamy bardzo do siebie podobne imiona.
-Cześć Carlisle.- przywitałam się noramlnie, bez żadnych ceregieli.
-Witaj Carlisle' u, miło cię widzieć.- powiedział Eleazar
i uścisnął dłoń Carlisle' a.
Z wnętrza domu wyłonił się Jasper.
-Jazz!!!- krzyknęłam i rzuciłam mu się w ramiona.- Tak tęskniłam
za tobą choć nie widziałam cię przez dwa dni.
-Wiem mała, ja też tęskniłem za tobą.- przytulił mnie, ale szybko
odszedł, bo jego wzrok przykuło moje auto.
-Oczywiście, faceci i ich zabawki.- powiedziałam.
-To normalne.-orzekła Esme.
-Witaj Esme.- z Esme nigdy nie byłam zabardzo zrzyta, ale ją lubiłam,
za to ona mnie bardzo kochała jak własną córkę.
-Witaj najdroższa, jak spędziłaś czas wolny?- spytała.
-Nie było tak źle.- nie umiałam z nią rozmawiać.
-Cieszę się.- i podeszła do Carlisle 'a. Weszliśmy do domu tylko
Emmett i Jasper stali przy moim samochodzie.
-Elenore choć!- krzyknęła Alice.
-O cześć Alice.- nie chciałam teraz z nią gadać, chciałam iść do Carlisle 'a
i opowiedzieć mu o moim śnie. Alice wzięła mnie za rękę
i zaciągnęła do swojego pokoju.
-Mam coś dla ciebie, niedawno były twoje urodziny i dlatego kupiłam
ci to razem z Jasperem.- gdy skończyła mówić pokazała mi pudełeczko.
Gdy je otworzyłam okazało się, że to kolczyki w zestawie z pięknym naszyjnikiem.
-O Alice to jest cudowne, dzięki.- przytuliła mnie.
Nie lubiłam jej zabardzo i wiedziałam, że ona czuje do mnie to samo,
ale gest miała, bo pewnie ona go wybierała Jasper nie lubi zakupów.
-Nie ma sprawy, w twoim pokoju jest więcej prezentów.- od razu tam pobiegłam.
Gdy otworzyłam drzwi, na moim pięknym łożu z baldachimem,
leżały pudełka i pudełeczka, najbardziej zaciekawił mnie ten najwiękrzy,
opakowany w bardzo drogi materiał.
Otworzyłam go delikatnie, omal się nie popłakałam  gdy zobaczyłam co to jest.
Aro przysłał miobraz z czasów kiedy miałam czternaście lat,
a Aro dwadzieściacztery. Nasz ojciec miał wtedy urodziny, ostatnie w swoim życiu, kilka mieięcy później został zamordowany, i namalowali mnie, Aro i ojca.
Matki nie było, bo umarła w dniu, w którym mnie urodziła.
Pamiętam to jak by to było wczoraj i miałam wtedy kręcone włosy jak u barana.
Powiesiłam obraz na ścianie i zabrałam się
do otwierania innych pudełek.
Od Emmetta i Rose dostałam iPada w kolorze zielonym,
którego zawsze chciałam posiadać. Ostatnie pudełko było
od Carlisle 'a i Esme. Otwarłam je i ujżałam piękny naszyjnik z cherbem
rodziny Cullenów, lew symbolizuje odwagę, otwrta dłoń - zaufanie
i sprawiedliwość, a listek koniczyny - wieczność.
-Nie mogę go przyjąć.- powiedziałam do Alice, która właśnie
weszła do mojego pokoju.
-Ależ możesz Carlisle myślał, by go dać tobie, już od dawna.
Jesteś członkem naszej rodziny, może nie wszyscy cię tu chcą, -miała
na mysli Edwarda i Emmett' a, zapewne tagże siebie- ale...
-Nie. Nie mogę naprawdę, nie zasługuję na niego.- zaczęłam się
z nią zprzeczać.
-Daj spokój.- wzięła go ode mnie i zapięła mi go na szyji.- gdy się
odwróciła schowałam go za sukienkę.
-Dziękuję, Alice.- powiedziałam.
-Nie mnie dziękuj, tylko Carlisle 'owi i choć, bo czekają już na nas.
-Ale gdzie czekają?- spytałam zdziwiona.
-Zobaczysz.- powiedziała i zaczęła kierować się ku wyjściu.
-Czyli gdzie, zobaczysz to nie jest odpowiedź.- zaczęłam się mądrzyć.
-Nie marudź, tylko chodź! - i wyszłysmy.

sobota, 2 lipca 2011

Rozdział 3 - Tarcza:)

3 Tarcza

-Ej ty, obudź się!- krzyknął Edward.
Otworzyłam oczy nawet nie wiem ile spałam.
Słuchawki nadal miałam w uszach, ale muzyka nie leciała, bo
wyładowała mi się bateria w komórce.
-Co się stało?- spytałam.
-Wyjmij paszport, idzie straż graniczna.- powiedział.
-Jest noc?- przez mocno przyciemniane szyby nie mogłam rozróżnic
czy jest no, czy dzień.
-Tak, Elenore, słońce nie świeci, a i przykro mi z powodu Sashy.- orzekł
przygaszonym głosem. Otworzyłam szeroko oczy. Myślałam, że mnie nie słysz,
a jednak prędko muszę się spodkać z Eleazarem.
-Ty to wszystko słyszałeś?
-Za głośno myślisz, ale nie bój się nikomu nie powiem.- nie wieżyłam mu.
-Serio? Kłamiesz!- nigdy nie był dla mnie miły, no tylko kiedy chaciał
mnie zdenerwować!
-Chcę być lojalny wobec Tanyi i jej sióstr.- oczywiście,
dla mnie by tego nie zrobił.
Nie interesuje go fakt, że jesteśmy przybieranym rodzeństwem,
oh nienawidzę go.
-Strażnik zapukał w szybę, kiedy Edward ją uchylił, strażnik zajżał do środka.
Wyglądał miło, miał jakieś 40 lat i nie był dość wysoki, można by
powiedzieć, że Bóg pokarał go też nadwagą. Nie powinien zostać
strażnikiem, pewnie ma znajomości. Uśmiechał się zamiast wyglądać hardo!
-Państwa paszporty, proszę.- poweidział nie przestając się uśmiechać. Dałam Edwardowi swój, a on podał je strażnikowi. Trochę to trwało, ale doczekanie przyszedł strażnik, z naszymi paszportami.
-A gdzie piękna para wyjeżdża?- spytał się nas strażnik.
-Para?!- krzyknęliśmy razem i się skrzywiliśmy.
-Jedziemy zwiedzić Park Narodowy w Denali i nie jesteśmy parą,
Edward to mój brat!- powiedziałam- Zakała rodziny.- szepnęłam tak
by strażnik mnie nie uślyszał, ale Edward owszem.
Przewrócił oczami.
-Oj przepraszam, ale wpadka, miłego zwiedzania.- powiedział zaczerwieniony
strażnik i machając, że możemy jechać, odszedł.
Pojechaliśmy dalej. Po paru minutach.
-Jak mógł pomyśleć, że jesteśmy parą?! Przecież ja czuję do
ciebie tylko obrzydzenie!- krzyczałam z niedowierzenia.
-I nawzajem, Elenore.- odpowiedział mi pięknym za nadobne.
Przez parę minuta się do siebie nieodzywaliśmy, ale oczywiście
ja bez mówienia długo nie wytszymam. Zaczęłam gadać o szkole.
-W szkole uważają nas za starożytnych ludzi z XXI wieku.- czasem na
przerwach lubię podsłuchiwać myśli niektórych ludzi ze szkoły.
-Plecą paradoksy.- on chyba mnie nie zrozumiał, serio jest tępy.
-I właśnie o tym właśnie mówię! Każy powiedziałby "plecą bzdury",
a my, że plecą paradoksy, o matko!- zaśmiał się.
-Czyli mam mówić tak? Okej lala teraz będę cię słuchał,
mowa...- wkórzał mnie.
-To nie jest śmieszne.-ale on się śmiał.
-Ale mnie bawi. Jesteś z nas najstarsza i zachowujesz się jak dziecko
i jakbyś dorastała w tym właśnie wieku.
-Bardzo dobrze wtapiam się w tłum!- to prawda zawsze potrafiłam
nieżle się maskować.
-Zachowujesz się jak jakaś księżniczka!- chyba nie przemyślał tego
co powiedział, ale tego było już za wiele!
-Staaaań!!!-samochód staną.- Pobiegnę!-otworzyłam drzwi, wyskoczyłam
i zamknęłam je z ogromnym hukiem. Nachyliłam się nad otwartą szybę ze
strony Edwarda i powiedziałam.
-Dla twojej wiadomości, Edward, od roku 1011 przed naszą erą.
jestem księżniczka!- powiedziałam. Odwróciła, się, rozejżałam się czy
nikogo nie ma i zaczęłam biec.
Nikogo, z ludzi, nie napotkałam na drodzę.
Według mojej ostatniej wizji, dziewczyny, Carmen i Eleazar
kupili mi przezen tylko jeszcze nie wiem jaki. Oh już dzisiaj kończę 1091 lat.
Biegnąc tak sama czułam się swobodnie, nikt mi nie przeszkadzał,
nikt mi nie grzebał w głowie, no poprostu roskosz.
Będę szybsza od Edwarda, bo tak wogóle jestem szybsza od wszystkich
i wszystkiego na całym świecie.
Dobiegłam już do lasu, czyli do Prku Narodowego w Denali.
Przebiegłam jeszcze parę kilometrów i przed sobą ujżałam dom,
duży dom, to było schronienie Tanyi i całej reszty. Robiło się już
coras jaśniej, ale przez drzewa nie przebijało się śwaitło i dlatego
było tam tak ciemno.
Podbiegłam do drzwi. Niezdąrzyłam nawet zapukać, a zostały otwarte.
W drzwiach stała Tanya.
-Wszystkiego najleprzego…-powiedziała i mnie utuliła.
-Dziękuje, Tanyo. Edwarda jeszcze nie ma?- wiedziałam, że nie ma,
ale chciałam się upewnić.
-Edwarda? Nie, niestety jeszcze go nie ma, no choć.- westchnęła.
Tanya jak zwykle ciągle zakochana w Edwardzie.
Nie może przecierpieć tego, że on nieodwzajemnia jej uczuć.
Zawsze mówię jej jedno, że nie jest jej wart.
-Dobrze…-tylko to powinnam powiedzieć.
Pociągnęła mnie za sobą.
W salonie byli Irina, Kate, Eleazar i Carmen.
-Oh Elenore, jak dobrze cię widzieć.- powiedziała Irina,
podbiegła do mnie i mnie przytuliła.
-Ciebie też dobrze widzieć. Tak jak was wszystkich.
Oh Eleazar?- powiedziałam.
-Tak słucham?- spytał.
-Tarcza mi niedziała!- niegdy nie miałam ułomności,
może nie działła mi, bo mam za dużo darów?!
-Pózniej się tym zajmę,a i wszytkiego najleprzego.- powiedział z uśmiechem.
Czemu później, nienawidziłam czekać, czhciałam załatwić to jak najszybciej.
-A teraz chcemy byś zobaczyła nasz prezent, wybieraliśmy go dla ciebie
przez trzy tygodnie!- orzekła przeszczęśliwa Kate.
- A co to jest?- spytałam. Tanya podeszła do mnie.
-Wyciągnij dłoń.- rozkazała. Wyciągnęłam do niej rękę, a ona
podała mi coś małego.
Okazało się, że to klucz do samochodu, ale do niezwykłego
samochodu, tylko do najszybszego i najładniejszego auta na świecie,
do Lamborgini.
-O matko zawsze chciałam mieć taki wózek,
oh dziękuję wam!- podeszłam do każdego i przytuliłam ich.
Byłam szczęśliwa jak dziecko z nowej zabawki.
-Nie ma sprawy, choć go zobaczyć.- powiedział Eleazar.
Wyszliśmy na zewnątrz i poszliśmy do garażu. Pośród kilku innych
aut stało prześliczne czarne Lamborgini, i to takie o jakim mażyłam.
Musiałam coś powiedzieć.
-Kto się ze mną ściga, nie dodam, że napewno przegra.- spytałam.
Kochałam się ścigać, z zwłaszcza z pieniądze...
-To może ja się skuszę!- to był Edward, myślałam,
że będzie dłużej jechał.
-Edward...- powiedziała Tanya, a ja przewróciłam oczami.
-Ty Edward chcesz się ze mną ścigać? Nawet Emmett nie daje sobie
ze mną rady, a co dopiero ty?!- i tak się z niego śmiałam,
oczywiście nie obyło się bez ostrego spojżenia Tanyi, ale przejdzie jej,
przecież często przy niej obrażam Edwarda.
Dotychczas ścigałam się już z Emmettem i Jasperem oni kochają ścigać
się o kasę podobnie do mnie, uwielbiają hazard.
Kiedyś się nawet raz ścigałam się z Edwardem, ale wygrałam
i byłam pewna, że teraz też bym powtórzyła moje zwyci ęstwo.
Jak wygrywałam mercem Carlisle' a i Esme, z Jeppem Emmetta
to wygram moim Lamborgini z Volvo Edwarda.
-To moja sprawa, czy jestem dobry czy nie, Elenore.- nie chciałam
się z nim kłócić i bardzo chciałam by Tanya zobaczyła jego
porażkę w wyścigach.
-Zgoda! Jak wygram to dajesz mi 200 $ jak przegram to ja daję
tobie 300 dolców, i co ty na to?- właściwie mogłam powiedzieć tylko to,
że ja wygram, bo to już było pewne, ale on mi czyta w myślach,
a ja przewidywuje przyszłość.
-Przystaję!- powiedział. Uwielbiam to.
Stanęliśmy na STARCIE razem z samochodami.
Oczywiście wszyscy liczą na Edwara.
Ale to tylko pozory w duchu wiem, że są po mojej stronie,
a przynajmniej Irina.
Edward śmiał się jak głupi do sera, co mu odwaliło,
pewnie nawet sam Bóg nie wie.
Zjadłam ostatniego chipsa i wsiadłam do auta.
Wyjęłam z kieszeni gumę do żucia i włożyłam dwa kawałki do ust,
bez jedzenia nie przeżyje, to moje Credo, "Kiedy nie jeż jesteś słaby",
i dlatego ja ciągle coś jem, wszyscy mówią, że to moje uzależnienie,
tak właściwie to mówią prawdę, ale ja się do tego nigdy nie przyznam.
Eleazar miał powiedzieć "START", jedyny, który na nikogo nie głosuje,
bo uważ, że takie wyścigi są bardzo szczeniackie, szczere.
-Gotowi?!- sptał, kiwneliśmy głową,- Start!!!- krzyknął. Ruszyliśmy.
O tej porze roku było zimno i padał śnieg, więc jeździło się strasznie ,
a w lesie było jeszcze gorzej.
Edward prowadził, powinnam się bardziej skupić,
a nie zwracać uwagę na byle co!
Wyprzedziłam go, byliśmy już przy MECIE prowadziliśmy łeb w łeb.
Wszyscy już byli na miejscu, kochałam te szybkość.
Auto Edwarda może się schować przy moim.
Wiedziałam już, że wygram ja, byłam tego pewna.
To dzięki mojej intuicji i zdolności, a tagże
dzięki temu, że przewidziałam moją wygraną.
Moje Lamborgini przekroczyło linie mety,
a Edward dojechał zaraz z mną.
Wyszłam z auta, Edward też tylko ja byłam uradowana,
a on był zły do kości.
-I co nadal to jest twoja sprawa czy jesteś dobry czy nie?- spytałam się go.
Uśmiechnął się.
-Gratulackje, Elenore jesteś naprawdę dobra.- szczęka
mi opadła, pogratulował mi?!
"Nie dam ci tej satyswakcji."- powiedział Edward w myslach.
A jednak był zły to mi wystarczało.
-Dziękuje, Edwardzie, ale ja o tobie nic miłego nie powiem,
albo...nie niedoczekanie.- kochałam go dręczyć.
-No i co, cieszę się twoją wygraną w końcu są twoje urodziny.- fajnieee...
-Jestem lepsza, jestem lepsza, jestem lepsza, jestem lepsza, jestem lepsza,
jestem lepsza, jestem lepsza, jestem lepsza!!!- zaczęłam go drażnić.
-Skończyłaś już, Elenore?- spytała Tanya.
-Tak. A ty gorszy, a ty gorszy, a ty gorszy, a ty gorszy, a ty gorszy,
a ty gorszy, a ty gorszy, a ty gorszy, a ty gorszy,
a ty gorszy!!!- jak ja to kochałam, zachowywałam się
jak małe dziecko, które wygrało z rodzeństwem i się tym chwali,
ale trzeba się chwalić swoimi atutami, i dlatego tak wyzywająco
się ubieram, podkreślam to, że jestem panną.
-Cała Elenore, źle by było gdyby była normalna.- powiedział Eleazar.
-Tak, to prawda. Choć Eleazar, miałeś coś zrobić z moim
problemem.- już tęskniłam za Jasperem, a co dopiero tu
przyjechałam, zostanę tu do jutra i jadę do domu swoim superaśnym
autem, a i muszę zadzwonić do Jaspera.
-Dobrze, choć.- poszliśmy do jego i Carmen sypialni.
Usiadłam na łóżku.
-To o co chodzi?- spytał.
-Od kilku dni nie mogę włączyć tarczy, nie wiem
co stało się z nią, pomórz!- byłam zdesperowana zawsze
wszystko mi działało, prucz muzgu.
Zamknął oczy i się skupił. Po chwili.
-Nie czuję byś miała taki dar jak "tarcza".- otworzyłam
tylko szeroko oczy.
-Słucham?! Przecież od kiedy powstałam miałam tarczę,
sam ją kiedyś wyczułeś. Co stało się, że już jej nie mam?!- byłam strasznie zła,
pewnie na dole mnie słyszeli, nie zapowiadało się ciekawie,
Aro jest pewny, że mam ten dar i jestem bespieczna, a tu dupa.
-Przeżyjesz?- spytał.
-Nie wiem. Wiem tylko, że jestem głodna.- zeskoczyłam z łóżka.
-To do ciebie podobne.
-Tak wiem.- zbiegłam osowiała na dół.
Edward rozmawiał o czymś z Tanyą, która była wpatrzona
w niego jak w ósmy cud świata. Nie wiem co ona w nim widzi.
Eleazar zszedł na dół i usiadł obok Carmen,
która rozwiązywała krzyżówki, nie wiem co ją w tym
tak podniecało i tak wszystko wiedziała.
Wziełam z szawki paczkę paluszków marcepanowych,
i usiadłam przed telewizorem koło Iriny, Kate szukała czegoś w komputerze,
więc nie chciałam jej w tym przeszkadzać.
-Słyszałam.- powiedziała Irina.
-Ale co?- chodziło jej o moją tarczę.
-Że nie masz już tarczy.
-A wiesz dlaczego?- spytałam.
-Niestety, nie mam bladego pojęcia.
Cały dzień przesiedzieliśmy nie ruszając się nigdzie.
Tylko ja chodziłam do kuchni jak skończyło mi się jedzenie.
Dobre było dla mnie, że (ogromnie) dużo jadłam, a nie tyłam.
-Idę się przejść do lasu.- orzekł Edward.
-A kogo to obchodzi?- spytałam. Nawet na mnie nie spojżał,
tylko wyszedł.
Świnia.
Wszyscy wrócili do swoich zajęć.
Nie mogłam uwierzyć, że nie mam tarczy to był mój ulubiony dar,
a zaraz po nim czytanie w myślach.
Było już późno, więc wyszłam z domu i poszłam do garażu.
Wyjęłam z Volvo Edwarda moją kosmetyczkę i weszłam do chałupy.
-Jestem zmęczona pójdę się upożądzić i idę spać.
-Dobranoc.- powiedzieli na raz.
-Dziękuję, miłej nocy.- i pobiegłam do mojego pokoju, zawsze wolnego,
bo lubię tu często przyjeżdżać.
Kiedy skończyłam wiczorną toaletę, położyłam się do łóżka,
a z pod niego wzięłam dużą paczkę chipsów. Wyjęłam telefon
i wstukałam dobrze mi znany numer.
Odebrał po jednym sygnale.
-Elenore?- spytał. Jak dobrze było słyszeć jego głoś.
-Tak to ja, tęsknie za tobą Jasper.- odrazu mu to powiedziałam.
-Tak jak ja, mała. Wszystkiego najlepszego. Jak tam minął dzionek?
-Już od rana było strasznie, jak dotarłam na miejsce to było w miarę,
ale później było okropne.
A i dostałam czarne Lamborgini.
-Lamborgini?! Ale ci zazdroszcze, musi być szybkie
wyprubywowałaś go już?- kochał szybkie auta i wszystko co było szybkie.
-Tak ścigałam się nim z Edwardem i wygrałam!- chociaż to mnie trochę pocieszało.
-Mogłem się domyślić. Jak przyjedziesz to też mamy dla ciebie prezenty.
-Wiem, widziałam, ale nie widziałam jakie.
-A dlaczego później było okropnie?- zapytał.
Nie chciałam mu mówić o tarczy.
Skłamałam.
-Edward nie jest na mnie zły.- przyznałam ze sztucznym smutkiem.
-Naprawdę, zawsze kipiał ze złości na ciebie.- powiedział zdziwiony.
-Tak wiem. Wiesz jestem zmęczona i chcę już spać.
-Dobrze uważaj na siebie, wiem , że zawsze uważasz, ale nigdy nic nie wiadomo,
jak jutro przyjedziesz to porozmawiamy.
-Tak zawsze na siebie uważam, bardzo cię kocham, Jasper, pozdrów
Alice i miłej nocy.- porzegnałam się.
-Pozdrowie i też cię bardzo kocham, dobranoc, Elenore.- i się rozłączył.
Byłam roztrzęsiona tym, że nie jestem dostatecznie bespieczna, ale
wiedziałam, że mam swoich własnych ochroniaży, w postaci Tanyi, Kate,
Iriny, Carmen i Eleazara, a zapewne nawet Edwarda.
Ale i tak się bałam, Aro napewno był by na mnie zły, że mu o tym nie powiem,
ale... mu o tym nie powiem.
Na dole było cicho, ale i tak nie mogłam zasnąć, zbyt wiele jak na jeden dzień.
Zwaliłam kołdrę, na podłogę i rozłożyłam nogi w dwóch przeciwnych kierunkach.
Położyłam głowę na poduszce, ale nie zamierzałam płakać, takie dziewczyny
jak ja nie płaczą tylko przyjmują złą wiadomość i się z tym godzą,
chociaż trudno mi z tym było się pogodzić.
-Ja dołącze do Edwarda.- usłyszałam z dołu głos Tanyi.
Jak zwykle dla niej liczył się tylko Edward.
Co ona znowu kombinowała?
Postanowiłam, że dowiem się o tym następnego dnia, byłam zbyt zmęczona...